Ciche ofiary sukcesu mleczarzy

transport zwierząt

Wiecie, co to jest cielę? Mała krowa…? Otóż w nomenklaturze rolników to „uboczny produkt w produkcji mleka”. Dla hodowców krów mlecznych taka mała krowa to koszt, bo zużywa cenny surowiec. Który stanowi aż 15 proc. całej produkcji rolnej w Unii Europejskiej, będącej światowym mlecznym potentatem. Z Polską, Holandią i Niemcami na czele

Nieodsadzone cielaki, czyli takie, które jeszcze nie są przyzwyczajone ani przystosowane do jedzenia czegokolwiek innego niż mleko, np. trawy, sprzedaje się więc przetwórcom mięsa. 10-dniowe zwierzaki ruszają w podróż, przemierzając od kilkuset do kilku tysięcy kilometrów. Polska jest trzecim największym w Europie eksporterem takich cieląt, głównie do Holandii, Włoch i Hiszpanii, a polskie firmy transportowe regularnie przewożą je wewnątrz krajów Unii Europejskiej. W 2015 r. zaraz po urodzeniu do masarni trafiły 3 miliony małych zwierząt.

Jak wynika z wydanego właśnie raportu organizacji zajmujących się dobrostanem zwierząt (szwajcarskiej Tierschutzbund Zürich i niemieckiej Animal Welfare Foundation), zwierzęta są transportowane w fatalnych warunkach. Przepisy unijne dotyczące transportu żywych zwierząt nie chronią ich przed bólem, głodem ani pragnieniem. Co więcej, nawet te obowiązujące regulacje są systematycznie łamane, szczególnie przez polskich przewoźników.

Głównym czynnikiem powodującym cierpienie u tak młodych zwierząt, które są transportowane na duże odległości jest… głód. Nieodsadzone cielęta i jagnięta są całkowicie zależne od mleka, powinny być więc karmione jego substytutem albo roztworem elektrolitów.

Śledztwo przeprowadzone przez organizacje w latach 2014-2016 pokazało, że służby kontrolne przymykają oko na łamanie przepisów przez przewoźników. Które wymagają m.in. odpowiednich poideł, pokarmu, przerw w podróży trwającej maksimum 19 godzin itd.

Podróż cielaka wygląda w praktyce często tak: prawie dwie doby podróży bez jedzenia i picia, w ścisku, z zaklinowanymi kończynami. Wiele z nich w trakcie transportu ginie, są bite, kopane i popychane, wyciągane z pojazdów za ogony i uszy.

Aktywiści twierdzą, że to naruszenie przepisów unijnych i rozporządzenia 1/2005 Ministerstwa Rolnictwa, które mówi że „Nikt nie może przewozić zwierząt lub zlecać transportu zwierząt w sposób powodujący ich okaleczenie lub przyczyniający się do zadawanie im cierpienia”.

Polska filia organizacji Compassion in World Farming (CIWF) domaga się teraz od Ministrwa Rolnictwa skrócenia czasu transportu cieląt i jagniąt do 8 godzin (można podpisać petycję tutaj).

Wydaje mi się, że skoro mało kto respektował dotychczasowe przepisy, to i uchwalenie nowych niewiele zmieni. Naprawdę jesteśmy aż tak zacofani, że wciąż nie potrafimy traktować zwierząt zwyczajnie… po ludzku?