Cielesna strona kapitalizmu

Pracownik

W erze cyfrowej mobilności zaciera się granica między pracą a prywatnością. Korzystają na tym nie tylko pracodawcy. Jeszcze nigdy nie mieliśmy tyle swobody w decydowaniu o tym, jak będziemy wykorzystywać zarobkowo nasze ciało i duszę. Z korzyścią dla gospodarki i nas samych.

„W Ameryce racjonalizacja pociągnęła za sobą konieczność ukształtowania nowego typu człowieka odpowiadającego nowemu rodzajowi pracy i procesu produkcji. Kształtowanie to nie wyszło jeszcze poza fazę początkową i dlatego (pozornie) idylliczną. Jest to na razie faza psychofizycznego przystosowania do nowej struktury przemysłowej […]”. Tych słów XIX-wiecznego włoskiego filozofa i teoretyka marksistowskiego Antonio Gramsci z książki „Amerykanizm i fordyzm” spokojnie można by użyć do oceny dzisiejszej nowej rewolucji przemysłowej, w której człowieka coraz częściej zastępuje robot. Z tego powodu dla części ludzi ich praca zupełnie zmieni charakter, a inni w ogóle ją stracą, przekonując się, że byli tylko „czynnikiem produkcji”, ciałem do wykonania roboty.

Artur Szarecki, doktor kulturoznawstwa, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego, autor książki „Kapitalizm somatyczny. Ciało i władza w kulturze korporacyjnej”, która drukiem ukazała się 30 września nakładem Wydawnictw Drugie, przekonuje, że istotą kapitalizmu – również tego dzisiejszego – jest „progresywne zawłaszczanie cielesnego doświadczenia człowieka w pracy”, czy wprost – jego ciała, a współcześnie – częściej nawet duszy.

„Logika akumulacji zmierza do tego, by każda, nawet najbardziej elementarna aktywność żywego ciała pozostawała w trybie czynnym i pracowała w ramach zintegrowanego systemu produkcji, dystrybucji i konsumpcji, w którym zaprzęgnięta jest do wytwarzania wartości dodatkowej” – pisze autor, mając na myśli kapitalizm używający ciała ludzkiego nie tylko jako czynnika produkcji, ale również, a może przede wszystkim – odbiorcy jego wytworów.

Szarecki w swoich rozważaniach nad cielesną naturą kapitalizmu posuwa się tak daleko, że jednoznaczną winę za współczesny kult ciała i obsesyjną dbałość o wygląd również przypisuje wprost ustrojowi, który – jak twierdzi –kolonizuje ludzkie ciało w każdym możliwym aspekcie. W przeciwieństwie do czasów na przykład starożytnych, gdzie ciało ludzkie było traktowane jak filozoficzny mikrokosmos, a pracą w wymiarze cielesnym zajmowali się głównie niewolnicy…

Czasy współczesne mają się praktycznie nie różnić niczym od początków systemu przemysłowego, dla którego charakterystyczne było zrównanie człowieka z maszyną i podporządkowanie ciała systemowi technologicznemu. Przywołując czesko-brytyjskiego filozofa Ernesta Gellnera, autor przypomina, że w klasycznej analizie marksowskiej proces akumulacji kapitału miał prowadzić do polaryzacji społeczeństwa i wykształcenia się dwóch antagonistycznych klas: burżuazji i proletariatu. Pierwsza składa się z posiadaczy środków produkcji, druga z najemnych robotników. Z relacji tej wyłania się zatem dość adekwatny obraz reżimu akumulacji, opartego z jednej strony na masowej produkcji, w której pierwszoplanową rolę odgrywają technologia oraz racjonalne sposoby organizacji pracy, z drugiej — na masowej konsumpcji, stymulowanej przez wysokie płace i wszechobecną reklamę. System ten, określany mianem „fordyzmu”, stanowił zwieńczenie wieloletnich tendencji rozwojowych, które pojawiły się wraz z powstaniem pierwszych fabryk i utrzymywały co najmniej do połowy XX wieku.

W erze globalizacji mieszkańcy rozwiniętych krajów przestają powoli postrzegać kapitalizm przez pryzmat pracy fizycznej. Ta przeniosła się bowiem masowo na peryferie światowego kapitalizmu, choć i tam na skutek automatyzacji ulega stopniowo marginalizowaniu. To nie oznacza jednak, że kapitalizm przestaje „kolonizować” ludzkie ciało. Zdaniem Szareckiego robi to w coraz bardziej wyrafinowany sposób. Tak jak zadaniem inżyniera Fredericka Taylora było opracowanie metod wyciśnięcia jak najwięcej z roboczogodziny ludzkiej fizycznej pracy, tak kolejne rozmaite alianse posiadaczy kapitału z psychologami, socjologami i antropologami skutkowały coraz bardziej elastycznymi reżimami pracy.

„Sojuszom tym towarzyszyły zawsze adekwatne sposoby zajmowania się ciałem, które bywało przymuszane, karane, leczone, uwodzone, emancypowane, zbawiane etc., ale za każdym razem ostatecznym celem było usprawnienie jego wydajności i produktywności w danym reżimie akumulacji” – podsumowuje Szarecki.

Wyrazem tego mają być współczesne narzędzia zarządzania zasobami ludzkimi, włączając w to wynalazki typu wellness, coaching, a nawet fundowanie pracownikom psychoterapii. Uwaga poświęcana takim problemom, jak stres, wypalenie, depresja, apatia, uzależnienie i niska samoocena, jako szczególnym przypadłościom nowej klasy kreatywnej, skłania korporacje do poszukiwania wciąż nowych i bardziej wymyślnych sposobów na mobilizację siły roboczej w celu poprawy wydajności pracy. Wszystko to (w tym wykorzystanie wiedzy naukowej i technicznej do wytwarzania, modyfikacji i utrzymania efektywnych pod względem kosztów ciał robotników), co Szarecki nazywa „inżynierią somatyczną”, pozwala mówić o wyłanianiu się kolejnej fazy kapitalizmu, w której ciało pracujące ujmowane jest w kategoriach psychosomatycznych.

Współczesna forma utowarowienia ciała pracującego – co na pewno słusznie podkreśla autor – która opiera się raczej na wartości symbolicznej niż użytkowej, pociąga za sobą kolonizację tych obszarów, które uprzednio uchodziły za prywatne. Znika też podział na odseparowane sfery produkcji i konsumpcji. Jak podkreśla cytowany w książce Franco Berardi, włoski marksista, kiedyś pracownicy przy taśmie produkcyjnej, choć zmuszeni do powtarzania tych samych ruchów, wciąż mieli wolne umysły, przynajmniej dopóki posiadali zapas energii i byli zdolni przeciwstawić się zmęczeniu i przygnębieniu. „Ale w semiokapitalizmie sama dusza zaprzęgnięta jest do pracy”. Nie wspominając o ciągłej kontroli nad tym, co pracownik robi w pracy, a nawet poza nią – monitoringu komputerów, rozmów i – co już spotykane w niektórych amerykańskich firmach – wszczepianiu pracownikom czipów. W imię realnego bądź urojonego bezpieczeństwa korporacyjnych interesów.

No dobrze, ale nawet jeśli mamy tego świadomość, jaki z tego wniosek dla nas jako pracowników czy ogółem – gospodarki? Autor książki w trakcie całego wywodu stara się udowodnić, że brak w pełni uświadomionego somatycznego charakteru kapitalizmu utrudnia dyskurs o nowoczesnych systemach zarządzania, obniżając tym samym efektywność tego zarządzania, co może mieć negatywny wpływ na gospodarkę. Dlaczego? Z prostej według Szareckiego przyczyny, że utowarowienie naszych ciał powoduje nieustanny, nawet nie zawsze uświadomiony bunt.

Ludzie mogą wykorzystywać swoje ciała jako środek generowania oporu bądź osiągania większej autonomii w ramach określonych warunków pracy. W książce można znaleźć przykłady, jak maksymalne wykorzystywanie zwolnień chorobowych stało się dla pracowników niektórych firm środkiem do radzenia sobie z nadmiarem obowiązków oraz płynącym stąd stresem i uczuciem wypalenia. Ucieleśnione symptomy choroby, rzeczywiste lub symulowane, umożliwiały im zwiększenie osobistych korzyści w ramach systemu, a jednocześnie stanowiły formę protestu przeciw nieakceptowanym warunkom pracy. Najbardziej wyrazisty był bunt pracowników chińskiej fabryki Foxconn, którzy nie wytrzymując presji pracy rodem z początków rewolucji przemysłowej, kilka lat temu masowo popełniali samobójstwa, narażając na szwank reputację i wyniki finansowe zleceniodawców fabryki – gigantów Apple i Samsung.

Pracownicy „kreatywni”, którzy niegdyś dali się uwieść buntowniczej retoryce, zaczynają w rosnącym stopniu odczuwać rozczarowanie swoim życiem. Zrozumieli bowiem, że praca przemieniła ich w ludzi, którymi nigdy nie chcieli być. Z przerażeniem odkrywają, że to, co uważali za najbardziej autentyczną część siebie, służy do realizacji korporacyjnych celów.

Szarecki zbyt pochopnie utożsamia jednak kapitalizm z korporacjami. Zapomina, że większość Produktu Krajowego Brutto większości rozwiniętych gospodarek (w tym Polski) jest generowanych nie przez korporacje, ale przez małe i średnie przedsiębiorstwa, w których właściciel kapitału jest jednocześnie „ciałem wykonawczym”. Autor nie porusza też bardzo ważnej kwestii związanej z darmową pracą, którą dostarczamy dobrowolnie i całkiem za darmo. W postaci udostępniania w czasie wolnym albo w trakcie zarobkowej pracy postów, zdjęć w mediach społecznościowych, aplikacjach internetowych i mobilnych, na których zarabiają przecież ni mniej ni więcej tylko konkretne firmy – „akumulatorzy kapitału”.

Z jednej strony jest to koszt – np. naszego pracodawcy, któremu kradniemy czas naszej pracy, i koszt naszego życia prywatnego. A z drugiej strony to dodatkowa korzyść dla gospodarki działająca na podobnej zasadzie jak ekonomia współdzielenia. Poświęcając bowiem jednego dnia swoje „ciało i duszę” na rzecz – pośrednio – wyniku finansowego tej czy innej kapitalistycznej jednostki, drugiego dnia możemy w identyczny sposób sami zarobić na poświęceniu innych. I dzięki temu – przeżyć, niekoniecznie będąc pracownikami korporacji.

Przekonał się o tym zresztą sam autor książki, której wydanie – najpierw w postaci e-booka, a pod koniec września – również w formie drukowanej – było możliwe dzięki crowdfundingowi, czyli finansowaniu społecznościowemu za pośrednictwem specjalnej platformy. Crowdfundingowi zakładającemu przecież, że całkiem bezinteresownie oddajemy swój czas i pieniądze, by ktoś, nawet nam nieznany, mógł zrealizować swój komercyjny czy społeczny pomysł. Tym samym Adam Szarecki udowadnia, być może niezamierzenie, że kapitalizm wprawdzie zawładnął naszym ciałem i duszą, ale jednocześnie pozwolił realizować wszystkie pomysły, których ciało i dusza potrzebuje. Co w żadnym innym ustroju, a szczególnie tym hartującym ludzi z marmuru i żelaza, nie było nigdy możliwe.

Fot. Pixabay.com

otwarta-licencja