Co zatruwa atmosferę w Krakowie

https://www.flickr.com/photos/bednargr

Są miasta na świecie, w których nie da się, dosłownie, oddychać. Wśród nich jest Pekin i Kraków. To, co dzieje się w Krakowie, przypomina jednak chińskie realia nie tylko z powodu zanieczyszczonego powietrza

O tym, że Kraków to jedno z najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie, wiadomo od dawna. Głównie dzięki raportom Światowej Organizacji Zdrowia i Alarmu Smogowego. To dzięki tej drugiej organizacji cała Polska dowiedziała się, że za fatalny stan powietrza w mieście odpowiadają w dużym stopniu sami mieszkańcy. Bo na potęgę palą w kotłach i piecach węgiel, drewno i co się da. Fakt, w ponad 50 procentach to z tych domowych ognisk pochodzi tzw. pył zawieszony, największa trucizna dla naszych płuc. Przemysł odpowiada „jedynie” za 26 procent emisji pyłów (reszty dopełnia transport).

Kraków ma, najwyraźniej, wyjątkowego pecha. I do niefrasobliwych mieszkańców, i do firm. Od ponad miesiąca w mediach lokalnych i społecznościowych krążą amatorskie zdjęcia krakowskiej huty otoczonej kłębami dymu. Okazuje się, że w hucie, należącej do koncernu ArcelorMittal, co chwila „zdarzają się awarie”, po których do atmosfery dostają się tony pyłów i gaz koksowy. Po tym, jak media ujawniły w kwietniu, że w zeszłym roku w wyniku 15 (!) awarii do powietrza dostało się 5 ton pyłów, radni pod wpływem nacisku mediów przyjęli rezolucję, w której wezwali władze huty do podjęcia działań, by zapobiec ciągłym awariom. Kilka dni później komisja ekologii zorganizowała spotkanie na terenie… huty, na którym kilkoro radnych za ową rezolucję przeprosiło. Przy okazji sugerując dziennikarzom, że ich publikacje były „niefortunne”. Bo emisje pyłów mieszczą się w przyznanej hucie normie.

W czerwcu doszło do kolejnej awarii. O której miejscowych urzędników już nikt nie informował, ani centrum zarządzania kryzysowego, które z kolei ostrzega w takich sytuacjach mieszkańców. Mieszkańcy nie mają dostępu do żadnego monitoringu czy informacji. Rzeczniczka spółki tłumaczyła, że „doszło do usterki elektrycznej, po której przeprowadzono kontrolowane spalanie. To zdarzenie, które jest przewidziane i ujęte w instrukcjach technologicznych”. Inspektorat środowiskowy stwierdził po kontroli, że przyczyną awarii było to, że „koksownia w pewnym momencie zakupiła urządzenia sterujące, które okazały się wadliwe…”.

– Postawa Arcellor jest niepokojąca. W mieście, które należy do najbardziej zanieczyszczonych w Europie powinno zrobić się wszystko, żeby do tego typu sytuacji nie dochodziło. Konieczny jest publiczny i stały monitoring emisji, w tym monitoring wizyjny, którego Huta im. T. Sendzimira nie chce udostępnić – twierdzi Andrzej Guła, prezes Krakowskiego Alarmu Smogowego.

Historia, przyznajcie, przypomina historie koncernów w krajach Trzeciego Świata, które działają na zasadzie hulaj dusza piekła nie ma. ArcelorMittal to największy producent stali na świecie. Właścicielem Huty im. T. Sendzimira w Krakowie, razem z hutami w Dąbrowie Górniczej, Świętochłowicach i Sosnowcu został w 2003 roku kupując Polskie Huty Stali za symboliczne 6 mln złotych. Zresztą, w atmosferze skandalu, ponieważ kontrola NIK wykazała, że warunki finansowe prywatyzacji były niekorzystne dla Skarbu Państwa. Wycenę spółki zaniżono bowiem aż o 1,87 mld zł. Dodatkowo prywatyzacja była przeprowadzona w atmosferze podejrzeń o korupcję. Po 10 latach sąd umorzył jednak sprawę ze względu na przedawnienie.

W podobny sposób (poprzez prywatyzację) ArcelotMittal przejmował huty w wielu innych krajach. Gdzie też zresztą miewa poważne kłopoty z ekologią. Ostatnie głośne afery dotyczyły długotrwałego zanieczyszczania powietrza w Bośni i Hercegowinie oraz w Kanadzie, gdzie spółka była pozwana do sądu. W każdym przypadku koncern obiecuje, że prowadzi inwestycje, które mają pomóc w ograniczaniu szkód. „Typowych” dla też branży.

W Krakowie od kwietnia remontuje wielki piec. Tyle, że – jak podkreśla Andrzej Guła – inwestycja nie ma nic wspólnego z tajemniczymi awariami. Ale pomogła za to firmie przekonać poprzednie polskie władze, że potrzebuje wsparcia do utrzymania produkcji i zatrudnienia, i w ogóle do pozostania w Polsce. Warunkiem remontu i „kontynuowania działalności” było bowiem zwolnienie hutnictwa z części kosztów systemu wsparcia odnawialnych źródeł energii i zmniejszenie akcyzy wliczanej w cenę prądu. Do tego miała dojść pomoc finansowa na rzecz przedsięwzięć w zakresie… niskoemisyjnej gospodarki.

Ówczesny rząd premier Kopacz ugiął się pod żądaniami koncernu po tym, jak jego europejska centrala ogłosiła, że wstrzymuje przygotowania do remontu wielkiego pieca w Krakowie, którego cykl technologiczny miał skończyć się w połowie 2016 roku. Gdyby w najgorszym scenariuszu ArcelorMittal zamknął hutę, pracę straciłoby co najmniej kilka tysięcy osób. To może tłumaczyć dziwny strach radnych i urzędników przed wchodzeniem w drogę największemu producentowi stali w Polsce. Nawet kosztem własnego zdrowia i środowiska.