Etiopskie interesy Ursusa

Turkana, Kenia

Komisja Nadzoru Finansowego chce ukarać producenta traktorów Ursus za niepoinformowanie swoich akcjonariuszy na czas o negocjacjach z kontrahentem w Etiopii. To niewielkie przewinienie w porównaniu z tym, do czego przyczynia się w Afryce samym kontraktem

Urzędnicy nadzoru finansowego zdenerwowali się, bo notowany na giełdzie Ursus nie przekazał poufnej informacji o negocjacjach, które we wrześniu 2013 r. doprowadziły do zawarcia kontraktu z etiopską spółką Metals and Engineering Corporation. Kiedy firma raptem ogłosiła, że podpisała warty 90 mln dolarów kontrakt, w ramach którego dostarczy do spółki ciągniki, wyposażenie centrów serwisowych oraz części zamienne, akcje skoczyły o 74 procent.

Dla wywodzącego się z PRL-u Ursusa, który pięć lat temu mało nie zbankrutował, Afryka ma być miejscem wybawienia. W połowie 2015 r. podpisał w Etiopii kolejny ogromny kontrakt – z Ethiopian Sugar Corporation. Pieniądze Etiopczykom pożyczył polski Bank Gospodarstwa Krajowego w ramach zainicjowanego przez Jana Kulczyka programu rządowego Go Africa, który ma wspierać polskie firmy w podboju subsaharyjskiej ziemi obiecanej.

To, co dla producenta ciągników, polskich władz i inwestorów wydaje się rajem, dla mieszkańców tego raju zamienia się w koszmar. METEC, etiopski kontrahent Ursusa, jest głównym wykonawcą jednego z najbardziej kontrowersyjnych projektów na świecie – gigantycznej 243-metrowej tamy Gibe III na rzece Omo, będącej elementem działającej od tego roku hydroelektrowni. Ma zaspokajać zapotrzebowanie na prąd stolicy Etiopii, ale i zapewniać rządowi wpływy z eksportu energii do sąsiednich krajów. Kilkaset tysięcy hektarów doliny rzeki Omo jest z kolei odbierane uprawiającym je wcześniej plemionom i przekształcane w przemysłowe plantacje trzciny cukrowej. To z kolei flagowy projekt innego kontrahenta Ursusa – Ethiopian Sugar Corporation.

Obydwa projekty wzbudzają od początku ogromne kontrowersje na całym świecie, ale i burzliwe protesty w samej Etiopii oraz 300 tysięcy rdzennej ludności północnej Kenii, dla której efekty budowy tamy oznaczają utratę jedynego źródła wody i pożywienia – jeziora Turkana, które będzie ulegało zasoleniu i zmniejszaniu.

W rejonie Turkana byłam cztery lata temu, gdy już było wiadomo, jakie będą skutki inwestycji. Rozmawiałam z rdzennymi mieszkańcami – nie posługujący się nawet Swahili rybacy, żyjący w identyczny sposób jak ich przodkowie tysiące lat temu, byli przerażeni perspektywą, nomen omen wyschnięcia, ich jedynego źródła utrzymania (czytaj więcej).

W połowie 2015 roku organizacja Human Rights Watch wydała raport, w którym ujawniła, że etiopskie władze przesiedliły już przymusowo 2 mln osób. W trakcie ich demonstracji i buntów zabito kilkaset osób, kilkaset zaginęło, tysiące zostało rannych, a kilkadziesiąt tysięcy aresztowano.

Etiopscy żołnierze przy przymusowych przesiedleniach stosowali przemoc, zabijali bydło, niszczyli gospodarstwa, a w końcu zabijali lub aresztowali. Sama budowa tamy i farm rolnych zmusza do migracji i szukania środków do życia pół miliona ludzi. Przy plantacjach trzciny cukrowej pracę ma znaleźć tylko ok. 20 procent z nich.

Z tego powodu z finansowania projektu wycofał się m.in. Europejski Bank Inwestycyjny, ale alarmującymi raportami unijnych dyplomatów o naruszaniu praw człowieka i nieodwracalnych szkodach nie przejął się Bank Światowy, który przez pośredników pozostał w projekcie.

Tym bardziej nie przejął się nimi polski rząd, Bank Gospodarstwa Krajowego, ani sam Ursus. Jego przedstawiciel w rozmowie z Gazetą Wyborczą latem tego roku mówił, że nic nie wie na temat projektów prowadzonych przez kontrahentów firmy i nie leży to w polu jego zainteresowań