Jak LPP i Google nas „kochają”

Mohito

Ostatnie akcje „dobroczynne” LPP, czy Google to nic innego, jak kolejna próba wmówienia nam, że korporacje uczą się na własnych błędach i leży im na sumieniu nasze dobro. Nie, nie leży, i o wyrzutach sumienia też nie ma mowy. Chodzi tylko o pieniądze. Sorry, jeśli znów daliście się nabrać

Polski koncern odzieżowy LPP wypuścił właśnie serię pięciu koszulek Mohito, z których zysk ma być przekazany fundacji Dajemy Dzieciom Siłę (dawniej Dzieci Niczyje). T-shirty z napisem „#Pokochajsie” zaprojektowała i reklamuje modelka Ania Jagodzińska. Do sklepów w całej Polsce trafi po ok. 1,4 tys. sztuk każdego modelu.

Mohito – marka skierowana do ambitnych, młodych i świadomych kobiet, ma najwyraźniej ciągnąć w tym roku nadwątlone wyniki finansowe firmy (akcje są najtańsze od 3 lat). Z powodu kryzysu na rynkach wschodnich musi na nowo skoncentrować się na oczekiwaniach „starych” klientów. Z Polski, czy Europy Zachodniej. A te już od dawna nie kończą się na kupowaniu modnych ciuchów za grosze. Musi być misja, wizja, lifestyle, odpowiedzialność społeczna… Tu trzeba było nadrobić sporo. Po katastrofie w Bangladeszu, gdzie zginęli też pracownicy fabryk szyjących dla LPP, musiała, po początkowym ignorowaniu tematu, zmienić ton. Pewnien promil klientów pewnie na LPP się nieco pogniewał, ale ostatecznie „tak produkują wszyscy”. Polaków bardziej chyba tknął ujawniony w ubiegłym roku fakt, że LPP optymalizuje poprzez struktury na Cyprze i w Zjednoczonych Emiratach Arabskich podatki, oszczędzając ponad 100 mln zł rocznie. Po medialnej burzy i pchnięciu przez Ministerstwo Finansów decyzji o przyspieszeniu prac nad przepisami dotyczącymi unikania podatków, firma zapowiedziała łaskawie, że wróci z podatkowej emigracji.

Twórcy firmy (Marek Piechocki i Jerzy Lubianiec), która od lat szantażuje media i dziennikarzy, że podadzą do sądu tego, kto ujawni ich wizerunek, albo nie usunie krytycznej opinii o firmie, przejęli się poważniej wizerunkiem w oczach polskich podatników, bo zaczęli intensywnie inwestować w „działania CSR”. LPP stworzyła nawet specjalny dział specjalizujący się w odpowiedzialności społecznej. Pierwsze efekty już widać. Oprócz „społecznej” kampanii reklamowej Mohito, firma chwali się na stronie internetowej, że wprowadziła m.in. wolontariat pracowniczy, kodeks postępowania wobec dostawców czy kolekcję z bawełny organicznej. Jednym słowem poszła po rozum do głowy i naśladuje takich gigantów jak H&M, czy Zara, które próbują nam wmówić, że są „conscious” i wymieniając u nich stare ciuchy na zniżkę na kolejne, poprawiamy sytuację świata.

Przeczytaj artykuł o wynikach ostatniego audytu w fabrykach szyjących dla H&M:

Otóż muszę Was rozczarować: nie poprawiamy. Nie wiadomo wciąż, na co zdały się obietnice koncernów odzieżowych przeznaczenia 2,5 mln dolarów na kontrole bangladeskich fabryk, czy zrywania umów z tymi, które nie będą przestrzegać zaostrzonych wymogów. Jak się produkowało w Bangladeszu za grosze, tak sie produkuje dalej. Jedna kolekcja na 100 z kilkoma procentami bawełny „organicznej” nie zlikwiduje problemu ogromnego zanieczyszczenia środowiska w Azji spowodowanego przez produkcję odzieży, a oddawanie starych ciuchów, by kupić nowe jest niczym innym jak nakręcaniem jeszcze większej sprzedaży i góry nowych śmieci.

Koszulka „#Pokochaj siebie” ma poprawić wizerunek LPP. Nikt nie wie, ile pieniędzy ostatecznie pójdzie do fundacji, ale dzieciom objętym opieką fundacji Dajemy Dzieciom Siłę najlepiej byłoby jednak pomóc wpłacając im bezpośrednio tyle pieniędzy, ile byś wydał(a) na kolejną szytą w fatalnych warunkach szmatkę.

Dobra, zejdźmy z LPP. Międzynarodowe koncerny robią dokładnie to samo, LPP uczy się od najlepszych, a „doradców CSR” na rynku nie brakuje. Przyznam, że sama dałam się nabrać na to, że jednek po osiągnięciu pewnego stopnia dominacji na rynku i wpływu na miliardy ludzi, firma mocno odczuwa już swoją społeczną, a nie tylko biznesową rolę. W przypadku Google, który wie o nas wszystko, i bez którego nie moglibyśmy już chyba funkcjonować, objawem tej „troski” miało być zablokowanie w swojej wyszukiwarce reklam krótkoterminowych pożyczek, tzw. chwilówek. Robaka toczącego również polski rynek, wpędzającego miliony nieświadomych ludzi w spirale zadłużenia i życiowe tragedie. – Podczas przeglądu naszych zasad analizy wykazały, że tego typu produkty mogą prowadzić do nadmiernego obciążenia finansowego użytkowników i wysokiego odsetka niespłacanych zobowiązań – czytamy w oświadczeniu Google’a.

Reklamy m.in. w Google robiły swoje i napędzały kolejne ofiary. Fakt, wydawało się dziwne, że ban Google’a dotyczy tylko firm pożyczkowych, a nie przejmują się innymi rodzajami nieetycznego biznesu, choćby internetowym hazardem, ale i tak ucieszyłam się, że ktoś zrobił ważny krok SAMOOGRANICZANIA zysków (z reklam) w imię odpowiedzialności. O naiwności…dopóki na jaw nie wyszła informacja, że Google poprzez GV, fundusz venture capital będący jego inwestycyjnym ramieniem, zakupił właśnie udziały w firmie LendUp żyjącej, ni mniej ni więcej tylko ze sprzedaży …chwilówek. Tak właśnie się robi „dobroczynny” biznes, proszę Państwa.

Tagged with:     , , , , ,