Komu opłaca się marnowanie żywności?

Zmarnowane jedzenie

Unia Europejska sfinansuje w tym roku dostawy do polskich organizacji charytatywnych ok. 92,6 tys. ton żywności o wartości ponad 265 mln złotych. Jednocześnie Polacy wyrzucają do śmietnika ponad 350 tys. ton jedzenia! Dlaczego, zamiast marnować unijne pieniądze, nie gospodarujemy lepiej tym, co mamy?

Pracownica pewnej amerykańskiej firmy cateringowej przez lata obserwowała, ile jedzenia marnuje się na korporacyjnych imprezach. Postanowiła z mężem zrobić eksperyment. Przez pół roku nie kupować jedzenia i żywić się wyłącznie produktami, które normalnie trafiłyby (albo już trafiły…) na śmietnik.
Wynik tego eksperymentu, sfilmowanego przez Granta Baldiwna, okazał się szokujący. Zmusza do zastanowienia się nad stosunkiem ludzi do żywności. Film „Just eat it – A food waste story” przedstawia konsekwencje masowego trwonienia jedzenia. Śledzi też proces marnotrawstwa zarówno na farmach produkujących żywność, jak i w naszych domach. Nie tylko w USA co roku wyrzuca się do kosza produkty warte miliony dolarów.

Jedni marnują, inni głodują

Na całym świecie marnuje się co roku aż 1,3 mld ton jedzenia, czyli jedna trzecia całej produkcji. W Europie – ok. 89 mln ton, czyli połowa tego, co faktycznie zjadają Europejczycy! Skąd biorą się te gigantyczne straty? Zaczynają się już na etapie zbiorów, gdy jadalne produkty są pozostawiane na polu (bo nie opłaca się ich zebrać) lub w silosach, ulegają degradacji przez niewłaściwe opakowanie lub gdy zaatakują je szkodniki. Ogromna ilość produktów spożywczych marnuje się w trakcie transportu i przechowywania. To dotyczy przeważnie krajów słabiej rozwiniętych, gdzie zanim produkty dotrą od rolnika do konsumenta, niszczeje 50-70 proc. produkcji. Bo brakuje przechowalni, chłodni, nie ma przetwórstwa… Jak wynika z najnowszego Światowego Indeksu Bezpieczeństwa Żywnościowego, opracowywanego przez Economist Intelligence Unit, w ten sposób najwięcej jedzenia (niemal 19 proc.) marnuje się w ogarniętej głodem Ghanie czy Malawi.

W Polsce żyje ok. 2,5 mln osób o dochodach poniżej poziomu egzystencji, czyli 550 zł miesięcznie. Jednocześnie, jak wynika z danych Eurostatu (szacunkowych, bo nie do końca zdefiniowane są „odpady żywnościowe”), Polacy do kosza wyrzucają ok. 350 tys. ton. jedzenia. Marnowanego przez dystrybutorów: hurtownie, sklepy, sieci handlowe i restauracje, czy ostatecznie przez nas samych – zwabionych reklamami sklepów, które oferują dużo i tanio.

Sytuacja poprawiła się nieco po wprowadzeniu w 2013 r. zwolnienia z VAT darowizn żywności dokonywanych przez jej dystrybutorów i producentów oraz możliwości wliczenia jej wartości w koszty. Wcześniej „gospodarność” doprowadziła do upadku słynnego piekarza z Legnicy, który oddawał nie sprzedany chleb potrzebującym.

Lepiej wyrzucić niż oddać

Teraz, marnotrawstwo na etapie dystrybucji chce o 25 proc., w ciągu 10 lat, odgórnie zlikwidować Unia Europejska, mobilizując wszystkie kraje członkowskie do prawnego zmuszania hipermarketów, by oddawały na cele charytatywne „odrzuty” ze sprzedaży. Takie prawo wprowadziła już Francja. W czerwcu projekt podobnego złożyła w polskim Sejmie Zjednoczona Prawica.

Na razie pewne efekty przyniosła nowelizacja ustawy o VAT. Polska Federacja Banków Żywności, organizacja charytatywna zajmująca się dystrybucją żywności, zaczęła współpracować z hipermarketami, m.in. Carrefour, Tesco i Auchan, które od 2013 r. oddały półtora tysiąca ton nie sprzedanych produktów.

Etapy marnowania żywności

To jednak – jak przyznają pracownicy organizacji – wciąż ledwie 10 proc. jej „przychodów”. Potencjał to nawet 30 tys. ton rocznie, które wciąż lądują w śmieciach, bo – jak np. tłumaczy się Jeronimo Martins (właściciel Biedronki) – wynika to z wymagań w zakresie „systemów zarządzania bezpieczeństwem zdrowotnym żywności uczestników łańcucha dostaw”. Tajemnicą poliszynela jest, że sklepom bardziej opłaca się organizować charytatywne zbiórki żywności (którą kupują klienci…) niż bez rozgłosu oddać tą, której nie udało się sprzedać.

W efekcie głównym „dostawcą” żywności dla organizacji pozarządowych jest Agencja Rynku Rolnego. Za pieniądze z Unii. W 2015 r. trafi do nich łącznie ponad 92,6 tys. ton, w tym 83 tys. ton (ok. 90 proc.) stanowi żywność współfinansowana ze środków unijnych, pozostałe 9,6 tys. ton żywności organizacje planują pozyskać z innych źródeł np.: ze zbiórek.

Jednocześnie 30 proc. kupowanego przez Polaków jedzenia trafia na śmietnik. To równie szokujące, co fakt, że podczas gdy na świecie głoduje łącznie 900 mln ludzi, a 2 mld osób jest niedożywionych, jednocześnie 2 mld ludzi cierpi na otyłość i choroby z powodu otyłości. Paradoksalnie, problem dotyczy regionów, gdzie ponad połowa żywności po wyprodukowaniu, zanim trafi do konsumenta, jest już zepsuta. Gdyby tak się nie działo, żywności starczyłoby do wykarmienia wszystkich ludzi na Ziemi.

Pomoże technologia?

Tymczasem, jak twierdzi Adam Anders z funduszu Anterra Capital, który inwestuje w technologie żywności i rozwiązania dla rolnictwa, do 2030 r. klasa średnia w skali globalnej podwoi się, a nawet potroi, co pociąga za sobą konieczność zwiększenia produkcji żywności o 100 procent.
– Już dziś potrzebujemy ogromnych inwestycji w technologie podnoszące wydajność rolnictwa – od prostych systemów pogodowych, dostępnych na smartfony w krajach rozwijających się, po rolnictwo oparte na analizie big data w krajach rozwiniętych – tłumaczy Anders.
Czy ta argumentacja to w takim razie czysta, biznesowa demagogia?

Niekoniecznie. Anders przekonuje, że chodzi o jakościową zmianę w rolnictwie, które dotąd opierało się na intuicji rolników z jednej strony oraz na wykorzystywaniu niszczących środowisko naturalne pestycydów z drugiej. – Dziś otrzymujemy plony tylko z 60 proc. upraw. Resztę tracimy w wyniku ich niedostosowania do zmian pogodowych, zmiennych warunków glebowych itp. – tłumaczy Anders.

Nadmiar tuczy

Innowacje technologiczne mają zminimalizować również inne efekty uboczne marnowania jedzenia. – Tradycyjne rolnictwo zużywa zbyt dużo zasobów – energii, wody – trudno także utrzymać dobrą jakość mięsa, mleka czy jaj pochodzących z masowych ferm. Rozwiązaniem jest syntetyczna produkcja żywności – twierdzi Perumal Gandhi, założyciel firmy, która opracowała proces syntetycznego produkcji mleka niezawierającego laktozy i cholesterolu.

Faktem jest, że nadmierna, tradycyjna produkcja żywności jest już problemem nie tylko społecznym, ale i ekologicznym. Wytworzenie jednego jej kilograma oznacza emisję do atmosfery ok. 4,5 kg CO2. Do produkcji 1 szklanki mleka zużywa się 255 litrów wody, a 1 kg wołowiny – nawet 10 tys. litrów! W USA produkcja jedzenia, które i tak nie trafi na stół, odpowiada za 4 proc. zużycia energii. Szkodliwe jest nawet składowanie odpadów żywnościowych. Na wysypiskach wytwarzają bowiem przyczyniający się do zmian klimatu metan.

Wprawdzie są już sposoby, by te odpady wykorzystać, ale czy pomogą zapobiec marnowaniu żywności, zależy tylko od tego, jak dużo ktoś będzie mógł na tym zarobić.

*Tekst pochodzi z www.forbes.pl