Koronawirus nie zwalczy zmian klimatu

Koronawirus

Rozprzestrzenianie się koronawirusa przekłada się bezpośrednio na obniżenie emisji gazów cieplarnianych. Wraz z końcem epidemii sytuacja może jednak wrócić błyskawicznie do poziomu sprzed jej wybuchu. Chyba, że programy pomocowe dla przemysłu powiązałoby się z inwestycjami prośrodowiskowymi.

Gdy wybuchła epidemia COVID-19 w Chinach, przemysł, dosłownie, zamarł. Nie tylko w dotkniętym do niedawna kwarantanną Wuhan, najważniejszym w Chinach hubie gospodarczym i transportowym, wiele zakładów zmuszonych było do wstrzymania produkcji. Z ulic zniknęły samochody. Skutek? Jak szacuje fińskie Centrum Badań nad Energią i Czystym Powietrzem CREA, konsumpcja węgla i ropy w chińskich zakładach spadły tylko w lutym o jedną trzecią w porównaniu do tego samego okresu w ubiegłym roku, dzięki czemu wyemitowały o ok. 200 milionów ton mniej dwutlenku węgla. To tyle, co Holandia czy Ukraina emitują w ciągu całego roku, a Wielka Brytania przez ponad pół roku! Z powodu zmniejszonego ruchu ulicznego spadły również w tym czasie emisje odpowiedzialnego za smog dwutlenku azotu – między 30-50 procent w całych Chinach. Do spadku szkodliwych emisji dołożyła się też 70-procentowa redukcja w liczbie lotów wewnętrznych. Biorąc pod uwagę, że Chiny odpowiadają za ok. 30 proc. światowych emisji CO2 rocznie, nawet najmniejszy ich spadek w tym kraju ma znaczenie w procesie globalnego ocieplenia. Marshall Burke, naukowiec ze Stanford University, policzył, że poprawa jakości powietrza w Chinach mogła przyczynić się do ocalenia życia czterech tysięcy dzieci poniżej piątego roku życia i 73 tys. dorosłych powyżej siedemdziesiątki. Innymi słowy, czystsze powietrze ratuje więcej ludzi niż zabija koronawirus…

Powoli „dobroczynne” skutki kwarantanny widać też w innych krajach. W wyniku epidemii samoloty zostały uziemione, a ruch na wielu trasach międzynarodowych i krajowych wstrzymany. Unijny serwis monitorowania atmosfery Copernicus podał w ubiegłym tygodniu, że w związku z gwałtownym zahamowanim aktywności w północnych Włoszech w ciągu ostatnich 4-5 tygodni, nastąpiła gwałtowna redukcja emisji dwutlenku azotu. Wyhamował transport, który odpowiada za 21 proc. światowych emisji CO2, dzięki czemu miasta, które dotychczas przekraczały wszelkie normy jakości powietrza raptem zaczynają je spełniać.

Najpierw spadek potem wzrost

Czy faktycznie jest się z czego cieszyć? Nie ma wątpliwości, że jak tylko epidemię uda się zahamować, sytuacja wróci do poprzedniego stanu. Doświadczenia z przeszłości pokazują, że może być nawet jeszcze gorzej. Emisje CO2 spadały już kilkakrotnie w trakcie kryzysów, co pokazuje organizacja Global Carbon Project : w trakcie wielkiego kryzysu 1929-1933, dwukrotnie w latach 70. po szoku naftowym wywołanym embargiem na dostawy ropy do krajów Zachodu po wojnie izraelsko-arabskiej, po upadku Związku Radzieckiego, kiedy gospodarka socjalistyczna urealniła zapotrzebowanie na swoje produkty i wreszcie podczas kryzysu finansowego w 2008 roku po upadku banku Lehman Brothers. Jak wskazuje, Helen Mountford z World Resources Institute, po każdym z tych wydarzeń emisje CO2 były wyższe niż przed, osiągając rekordowe wartości. Przemysł, wspomagany rządowymi pakietami kryzysowymi, ruszał bowiem do pracy pełną parą, aby nadrobić straty. Przykładowo, w trakcie ostatniego kryzysu zużycie paliw kopalnych i produkcja cementu spadły o 1,4 proc. w 2009 r., by w 2010 r. wzrosnąć o 5,9 procent w 2010 roku. Ówczesny pakiet stymulacyjny Pekinu w wysokości czterech bilionów jenów w znacznym stopniu przyczynił się do 10-procentowego wzrostu emisji CO2 w Chinach w 2009 roku, w czym 70-procentowy udział miało samo budownictwo. 

Nie ma wątpliwości, że podobnie będzie i tym razem. Rządy poszczególnych państw starają się ratować swoje gospodarki specjalnymi ruchami: obniżkami stóp procentowych, programami pomocowymi dla firm czy skupem obligacji korporacyjnych. Przykładowo, Niemcy ogłosiły niedawno program pomocowy dla gospodarki na 550 mld euro, Wielka Brytania – na 350 mld funtów, Francja – na 335 mld euro, Hiszpania 200 mld euro, Włochy wyłożą 25 mld euro, Polska 200 miliardów złotych. Amerykański Senat zatwierdził pakiet w wysokości biliona dolarów. Ludowy Bank Chin (PBOC) uruchomił m.in. program skupu obligacji o wartości 240 mld USD, który ma wspomagać płynność w sektorze finansowym i zaczął pożyczać pieniądze bankom po obniżonej cenie. Rząd Chin pracuje nad programem stymulacji fiskalnej. Dodatkowo, na rynek ma trafić gigantyczna ilość gotówki na  nową falę projektów infrastrukturalnych, takich jak budowa dróg, szpitali i linii metra oraz na wspieranie eksportu. 

Produkcja, a tym samym emisje gazów cieplarnianych, błyskawicznie wrócą więc do „normy”. Kwarantanna w Wuhan skończyła się oficjalnie 19 marca, a cały kraj wrócił do pracy już w poprzednim tygodniu. Zdominowane przez państwo zakłady ruszyły pełną parą, a wraz z tym produkcja stali i konsumpcja węgla. Według naukowego czasopisma Nature Climate Change, zanim wybuchła pandemia koronawirusa, naukowcy przewidywali, że globalne emisje w 2020 r. pozostałyby na podobnym poziomie, co w 2019 r. lub lekko wzrosły. W poprzednim roku emisje ze zużycia paliw kopalnych wzrosły bowiem ledwie o 0,6 proc. w stosunku do 2018 roku. W tej chwili, gdy wydatki na infrastrukturę po kryzysie epidemiologicznym gwałtownie wystrzelą, prognozy emisji mogą również gwałtownie wzrosnąć.

Trudniejsza walka o środowisko

Co więcej, istnieje ryzyko, że wskutek kryzysu rządy będą mniej skłonne do „dobijania” osłabionych przedsiębiorstw kolejnymi restrykcjami dotyczącymi ochrony środowiska i zapobiegania zmianom klimatu. Jeszcze miesiąc temu konieczność wdrażania nowych wymogów, niezbędnych do spełnienia postanowień Porozumienia Paryskiego, czy rozmowy o globalnym podatku węglowym, były wiodącymi tematami najważniejszych konferencji gospodarczych. Globalne korporacje prześcigały się w ogłaszaniu strategii zrównoważonego rozwoju i opracowywaniu technologii środowiskowych. Część z nich była motywowana chęcią obniżki kosztów, bo przy rosnących kosztach paliwa i energii z paliw kopalnych, inwestowanie w energooszczędne rozwiązania, czy własne, odnawialne źródła energii, było po prostu opłacalne. Przy ostatnich gwałtownych spadkach ropy – po części spowodowanych wojną cenową między Rosją a Arabią Saudyjską, a po części spowolnieniem gospodarczym będącym następstwem epidemii – część z nich straci do nich motywację. A część, korzystając z niskich cen, po prostu zwiększy zużycie. Co oczywiście przywróci emisje na dotychczasową ścieżkę wzrostu. Co więcej, niższe ceny ropy uderzą w rozwój branży samochodów elektrycznych. Już przecież drogich i wymagających stymulacji sprzedażowej. Zwiastunem tego był gwałtowny spadek akcji Tesli w ostatnich dniach. 

Inwestycje środowiskowe przyhamują też prawdopodobnie w małych i średnich przedsiębiorstwach, które szczególnie mocno odczują skutki spowolnienia gospodarczego i w najbliższym czasie będą walczyły o przetrwanie. Co więcej, rozwój inwestycji w energetykę odnawialną może się zatrzymać również z powodu problemów z dostawami sprzętu do jej wytwarzania. Czasowe wstrzymanie produkcji w Chinach, które są największym producentem paneli słonecznych, turbin wiatrowych i baterii litowych do samochodów elektrycznych i magazynów energii, oraz zaburzenia w transporcie morskim, wpłynęły na stabilność dostaw do innych krajów i spowolniło rozwój inwestycji w energię odnawialną. Dodatkowo zaburza go wojna handlowa amerykańsko-chińska. 

W sytuacji ratowania gospodarki przed, nomen omen, wirusem zagłady, ratowanie planety schodzi na dalszy plan. I osłabia takie projekty, jak ogłoszony w lutym przez amerykańskich Demokratów Green New Deal (Zielony Nowy Ład), nawiązujący nazwą do pakietu reform społeczno-gospodarczych Franklina D. Roosevelta w czasach Wielkiego Kryzysu z lat 30. Łączenie walki z globalnym ociepleniem i tworzenia milionów dobrze płatnych miejsc pracy może być teraz łatwo storpedowane przez Republikanów i lobby przemysłowe. Kevin Book, szef działu analiz w firmie badawczej ClearView Energy Partners, szacuje, że samo zastąpienie 83 proc. energii wytwarzanej obecnie z wykorzystaniem źródeł nieodnawialnych przez OZE – co obecnie w USA oznacza wykorzystanie fotowoltaiki, farm wiatrowych i biomasy – kosztowałoby 2,9 biliona dol., czyli prawie roczny dochód USA z podatków. Które teraz, jak można się domyślać, będą raczej przeznaczane na inne projekty infrastrukturalne.

Doktrynę szoku można zmienić

O tym, że kryzysy dotychczas działały przeciw walce ze zmianami klimatu czy nierównościami społecznymi wspomina Naomi Klein, autorka książki „Doktryna szoku: jak współczesny kapitalizm wykorzystuje klęski żywiołowe i kryzysy społeczne”. Autorka definiuje „kapitalizm kataklizmowy” jako sposób, w jaki prywatny przemysł rozwija się i czerpie zyski z kryzysów na dużą skalę. Korzystając z sytuacji, w której rządy muszą ulegać oczekiwaniom przemysłu, nie spełnialnymi w normalnych warunkach. W rozmowie z serwisem vice.com Naomi Klein twierdzi, że kryzys związany z epidemią koronawirusa nie różni się w tym względzie od poprzednich globalnych kryzysów. A jego głównymi ofiarami będzie środowisko i najbiedniejsi członkowie rynku. W momencie kryzysów na pierwszy front wysuwają się żądania ratowania, w tym wykupu, tzw. kluczowych gałęzi gospodarki oraz instytucji: banków, linii lotniczych, zakładów związanych z przemysłem wydobywczym itp.

Czy to oznacza, że ochrona środowiska polegnie w walce z koronawirusem? Niekoniecznie, ale wymagałoby to świadomych strategii przy opracowywaniu kryzysowych programów pomocowych. Szczególnie, jeśli – jak prognozuje David Livingston, analityk z Eurasia Group, najwięksi gracze w sektorze wydobywczym uznają spadek cen ropy za długoterminowy trend i rynek będzie lepiej wyceniał inwestycje w energię odnawialną. A państwa wdrażające programy ratunkowe dla przedsiębiorstw powiązałyby je z adaptacją do zmian klimatu i przejściem na czyste źródła energii. Na przykład oferując korzystniejsze warunki wsparcia tym, których inwestycje będą służyły redukcji emisji i, ogólnie, ochronie środowiska. Tego domagają się już senatorzy Demokratów w USA, którzy ogłosili stanowisko, że jakiekolwiek programy pomocy dla linii lotniczych muszą zostać powiązane z warunkami ograniczenia przez nie emisji CO2. 

Amerykański przemysł lotniczy już poprosił rząd o ponad 50 mld wsparcia w formie grantów, pożyczek i ulg podatkowych. Unia Europejska, mimo wybuchu epidemii, ogłosiła w ubiegły poniedziałek długo oczekiwany raport Technicznej Grupy Ekspertów dotyczący europejskiej taksonomii dla zrównoważonego rozwoju. Raport zapowiada walkę z greenwashingiem (czyli pozorowanymi inwestycjami proekologicznymi) oraz pokazuje możliwe sposoby finansowania inwestycji przyjaznych środowisku. Unia prawdopodobnie nie zdecyduje się za to na wprowadzenie tzw. granicznego podatku węglowego (dla towarów z importu z krajów, gdzie nie obowiązuje strategia walki z emisjami) z obawy przed tym, że będzie to doskonały pretekst dla USA, by wprowadzić cła na europejskie produkty. Szybszym sposobem na stworzenie proklimatycznych zachęt mógłby stać się za to teoretycznie uruchomiony właśnie przez Europejski Bank Centralny warty 750 mld euro pakiet pomocowy. Zapowiedziany przez EBC specjalny program kredytów dla małych i średnich firm w związku z epidemią koronawirusa mógłby być choć częściowo powiązany ze wsparciem dla tych firm, które wdrażają bądź wdrożyły proklimatyczne rozwiązania. Taką nadzieję ma m.in. Helen Mountford z World Resources Institute, którą uważa, że to „ostatnia chwila, by pierwszeństwo w pomocy dostały  niskoemisyjne projekty infrastrukturalne, aby zapobiec gwałtownemu wzrostowi emisji po ustąpieniu kryzysu”. Lauri Myllyvirta, główna analityczka CREA, twierdzi, że powtórzenie starych modeli pokryzysowego stymulowania gospodarek niechybnie spowoduje wzrost emisji w ciągu najbliższych lat. Chyba że inwestycje w odnawialne źródła energii i inne zielone przedsięwzięcia staną się jednak dla rządów priorytetem.

otwarta_licencja_200px