Miejsca, które znikną z winy człowieka

Turkana, Kenia

Kto chciałby odpoczywać na Malediwach, bawić się na karnawale w Wenecji czy nurkować na rafach koralowych, powinien się pospieszyć. Za kilkanaście lat ich krajobraz może się nieodwracalnie zmienić, a niedługo potem – znikną. Jak wiele innych miejsc, którym z powodu zmian klimatu i działań człowieka grozi zagłada

Pomiędzy wałami z mułu, na szerokiej, płaskiej powierzchni długiego na 250 km jeziora Turkana wije się „rzeczna droga”. Pięć kilometrów od brzegu jeziora gwałtownie się urywa, przechodzi w rozległą deltę w kształcie stopy ogromnego ptaka. Tak po 800 kilometrach kończy swój bieg wypływająca z Etiopii rzeka Omo. Płynie od Wyżyny Abisyńskiej w kierunku południowo-zachodniej Etiopii, wzdłuż granicy z Sudanem Południowym, i wpada do położonego w Kenii słonego jeziora Turkana, wokół którego żyje ok. 300 tys. przedstawicieli pierwotnych plemion.

Tereny są tak odległe i nieprzystępne, że zapuszczają się tu jedynie żądni przygód podróżnicy i antropolodzy. Ci ostatni od kilkudziesięciu lat znajdują tutaj szczątki ludzkie nawet sprzed 3 mln lat. Znalezisko jednego z nich – Richarda Leakeya (w 1984 r.), okazało się ostatecznym dowodem, że to właśnie w dolinie Omo pojawił się pierwszy człowiek (hominid, „chłopiec z Turkana”). Dziś pracujący wciąż w Kenii Leakey ostrzega: za kilka lat po kolebce ludzkości nie będzie śladu.

Unikatowemu ekosystemowi jeziora, wpisanemu na listę UNESCO, zagrażają skutki gigantycznej inwestycji realizowanej przez etiopski rząd. Władze w Addis Abebie za pieniądze chińskich inwestorów budują na rzece Omo pięć kaskadowych tam o nazwie Gibe. Tamy mają pozwolić na produkcję energii elektrycznej, którą Etiopia będzie eksportować m.in. do Kenii. Pierwsze dwie są już gotowe. Trzecia ma być oddana do użytku za kilka miesięcy.
W czasie gdy wody rzeki będą wypełniać sztuczny zbiornik, jezioro Turkana zostanie pozbawione słodkiej wody toczonej przez główny dopływ jeziora. Wzrośnie zasolenie i tak już słonej wody, jej poziom spadnie, a w końcu zbiornik wyschnie. Dla żyjącej głównie z rybołówstwa miejscowej ludności to prawdziwa katastrofa. Zwłaszcza że poważne zmiany klimatu sprawiły, że poziom jeziora i tak bardzo się obniżył.

Na zdegradowanych terenach chińscy inwestorzy zamierzają za kilka lat zbudować największą w Afryce farmę wiatrową. W planach jest też wydzierżawienie dużych obszarów plemiennej ziemi zagranicznym gigantom rolnym. Dzięki sztucznym systemom nawadniania mają uprawiać rośliny służące do produkcji biopaliw. Świat sprzed milionów lat, miejsce, gdzie narodził się człowiek, zniknie bezpowrotnie w swym pradawnym kształcie.
Mimo protestów działaczy społecznych, ekologów, a nawet Europejskiego Banku Inwestycyjnego, który początkowo miał finansować budowę tamy, przyszłość rejonu Turkana jest już przesądzona.

Dzieli tym samym losy innego unikatowego zbiornika wodnego – Jeziora Aralskiego, o którym były gubernator regionu Aralska Nazhbagin Musabaev powiedział, że „nie umarło, ono zostało zamordowane”. W domyśle – przez Rosjan, którzy w latach 60. XX wieku zaczęli wykorzystywać jego wody do nawadniania gospodarstw rolnych. Kanały nawadniające były zbudowane tak nieudolnie, że woda wysychała już na pustyni.

W 2005 r. zapora zbudowana przez rząd Kazachstanu przyczyniła się do wyschnięcia południowej części jeziora. W październiku 2014 r. eksperci NASA potwierdzili czarny scenariusz. Ponad połowa Jeziora Aralskiego, rozciągającego się od granicy Kazachstanu i Uzbekistanu, kiedyś czwartego co do wielkości zbiornika wodnego na świecie, jest zupełnie sucha. Wytępione zostało też całe życie dookoła jeziora, gdyż wszystkie ekosystemy są zanieczyszczone solą i toksycznymi odpadami.

To znak, że działalność człowieka może być bardziej destrukcyjna niż siły przyrody. Zwłaszcza że te ostatnie, na co naukowcy mają coraz więcej dowodów, również w dużym stopniu wynikają z winy człowieka. Najszybciej przekonały się o tym państwa wyspiarskie, jak położone na Oceanie Indyjskim Malediwy i Seszele, czy pacyficzne Kiribati i Tuvalu, dla których skutki zmiany klimatu stały się już namacalne, a za kilkadziesiąt lat grozi im całkowite zatonięcie. Ku rozpaczy nie tylko mieszkańców, ale i bogatych turystów, dla których rajskie wyspy są ulubionym celem podróży wakacyjnych.

Jezioro Turkana, Kenia

Według raportu uniwersytetu w Oksfordzie podnoszący się poziom oceanów sprawi, że do końca stulecia z zagrożonych wysp trzeba będzie przesiedlić 260 tys. ludzi, a kolejnemu milionowi zagrożą powodzie. Mieszkańców Tuvalu, które ma zniknąć najszybciej, bo już za 20 lat, przygarnia Nowa Zelandia. Zrzeszone w AOSIS (Sojusz Małych Państw Wyspiarskich) 43 kraje wspólnie walczą o międzynarodowe ustalenia, na mocy których świat miałby walczyć z emisją szkodliwych gazów. Nawet jeśli dojdzie do jakichkolwiek ustaleń, i tak jest już raczej za późno. Jak podaje Amerykańskie Narodowe Centrum Danych Klimatycznych, pierwsze 10 miesięcy 2014 r. to najcieplejszy okres w historii naukowych badań temperatury ziemskiej.

Pomijając rozważania, kto jest winien i czy można było temu zapobiec, faktem jest, że na skutek ocieplenia poziom wód w oceanach podnosi się coraz szybciej. Według naukowców z Instytutu Badań Klimatu w Poczdamie do końca naszego wieku może się podnieść nawet o 2 metry. Głównie z powodu topnienia Antarktydy Zachodniej, Arktyki, Grenlandii, zmarzliny w Kanadzie i na Syberii.

Proces ten uwalnia olbrzymie ilości wody oraz metan, który wpływa silniej na efekt cieplarniany niż CO2. W efekcie globalnego ocieplenia do 2030 r. ma zniknąć całkowicie m.in. słynny Park Narodowy Glacier na granicy amerykańsko-kanadyjskiej. Kiedyś na jego terenie znajdowało się 150 lodowców, dziś ledwie 25. Do 2050 r. prawdopodobnie zniknie też alpejski lodowcowy raj narciarzy, który kurczy się o 3 proc. rocznie. Skutki podnoszenia się poziomu oceanów z powodu topnienia lodowców odczują nie tylko mieszkańcy i turyści z tropikalnych wysp. Pod wodą znajdzie się m.in. spora część wybrzeża USA (Miami) i Japonii oraz większość Holandii, Danii czy rodzime Żuławy.

Skutki zanurzania się lądów pod wodą najwyraźniej w Europie widać w Wenecji, która „zapada się” w tempie kilku milimetrów rocznie. Już teraz turyści muszą chodzić po placu św. Marka w kaloszach, bo każdego roku przed nadejściem zimy dochodzi do zalania części Wenecji wskutek „acqua alta”, czyli wysokiej wody. Eksperci zwracają uwagę, że ostatnio „acqua alta” zdarza się wyjątkowo często. Zwykle za jego wystąpienie odpowiada niskie ciśnienie na Morzu Tyrreńskim i silny południowy wiatr albo potężne fale. Teraz dochodzi do tego regularne podnoszenie się poziomu wody. Jeśli przewidywania klimatologów się spełnią, Wenecji nie da się uratować.

Globalne ocieplenie i zatruwanie wód przez człowieka mają jeszcze inne skutki. Według ostatnich raportów, za 80 lat nasza planeta może być pozbawiona fitoplanktonu, który jest jednym z głównych źródeł tlenu. Jego obumarcie będzie oznaczać cios dla tropikalnych ekosystemów morskich. Szczególnie dla żyjących z niego koralowców.

Już teraz umiera Wielka Rafa Koralowa, która w ciągu ostatnich 20 lat straciła połowę podwodnych łąk. Wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO rafa rozciąga się na przestrzeni około 345 km kwadratowych wzdłuż australijskiego wybrzeża. Do niszczenia tego największego na świecie zespołu koralowców przyczyniły się potężne cyklony oraz podnoszenie się temperatury oceanu. Miłośnicy nurkowania nie mają jednak wątpliwości, że najgorszych zniszczeń dokonują odwiedzający rafę turyści i przybrzeżna gospodarka. Rozwoju nurkowej turystyki i tak zazdroszczą Australii inne biedniejsze kraje.

Indonezja, Raja Ampat

Ostatnio na rozwoju podwodnej turystyki chce zarabiać Indonezja. Wdrożyła właśnie plan dotacji dla rdzennych mieszkańców dziewiczego rejonu Papui – Raja Ampat, gdzie znajduje się ostatnia na świecie nienaruszona przez człowieka rafa koralowa. Żyjący dotychczas z rybołówstwa Papuasi mają dzierżawić ziemię zagranicznym inwestorom i sami obsługiwać turystów.

Indonezyjskie władze, by nie hamować rozwoju turystycznej infrastruktury, przymykają oko na zanieczyszczanie środowiska, wyrąb drzew i wylewanie ścieków do oceanu. Aby ułatwić turystom dotarcie do trudno dostępnych wysp, budują lotnisko w stolicy największej z nich, Waisai.
– Gdy powstanie tu stała zabudowa i zaczną masowo pojawiać się turyści, za kilka lat po tym ekosystemie nie będzie śladu – martwi się Ross Pooley, mieszkający w Raja Ampat instruktor nurkowania i działacz na rzecz zrównoważonego rozwoju.

Indonezyjczykom pieniądze na inwestycje zapewnili Chińczycy, którzy w zamian chętnie wybudowaliby na miejscu hotele oraz importowali objęte ochroną ryby – manty, które po sproszkowaniu mają im rzekomo pomagać w zachowaniu sprawności seksualnej. Już teraz sprowadzają je nielegalnie. Na tym tle powoli postępujące zmiany klimatu nie wydają się aż tak groźne…

*Tekst pochodzi z www.forbes.pl