(Nie)zły cyrk

Cyrk

Czego nauczą się dzieci o naturze dzikich zwierząt patrząc na uwięzione, kręcące się w kółko, zestresowane i złamane psychicznie zwierzę? Niestety, najwięcej uczą się w ten sposób o naturze ludzkiej

Miałam wtedy pięć albo sześć lat. Pamiętam, że było bardzo duszno. Tak duszno, że nie dało się normalnie oddychać. Potem wyszedł pan z małpką na ramieniu. Niedużą, może to był mały szympans, może kapucynka. Małpka miała błyszczącą obróżkę, była na smyczy. Robiła różne sztuczki, a jak nie wychodziło, to pan ciągnął małpkę za tę smycz i bił czymś w rodzaju końskiego palcata. Więcej nie pamiętam. Z opowieści mojej mamy wiem, że podobno wytrzymałam najwyżej kwadrans, bo zaczęłam tak płakać, że rodzice musieli ze mną wyjść. Podobno inne dzieci śmiały się i świetnie bawiły. Ja nie. To była moja pierwsza i ostatnia w życiu wizyta w cyrku. Nigdy więcej rodzice nie fundowali mi już takich rozrywek, płakałam nawet w zoo. Nienawidziłam oglądać zwierząt w klatkach. Małpy zobaczyłam następny raz wiele lat później, na wolności. Musiałam wstawać przed świtem i przedzierać się z przewodnikiem wiele godzin przez busz, żeby mieć przywilej spotkania z nimi. One mogły w każdej chwili zaatakować, my – ludzie – nie mieliśmy prawa zrobić im krzywdy ani w jakikolwiek sposób zakłócić spokoju. One były u siebie, my byliśmy gośćmi.

Trzy tygodnie temu, podczas urlopu w małej wiosce Ukta na Mazurach przykre wspomnienie z dzieciństwa wróciło. Do wioski zawitał cyrk. Podobno dziś to jedna z głównych letnich atrakcji w polskich miejscowościach. Sezon cyrkowy trwa od lutego do listopada, a cyrki odwiedzają średnio 200 miejscowości w ciągu roku. Bilety rozchodzą się jak ciepłe bułki. Mimo, że w badaniach ponad połowa Polaków deklaruje, że jest za wprowadzeniem całkowitego zakazu wykorzystywania zwierząt w cyrkach

Fundacja VIVA! przeprowadziła niedawno w polskich cyrkach śledztwo, które pokazało, że od czasu mojego dzieciństwa cyrk to wciąż ten sam cyrk [raport tutaj]. 200-250 dzikich zwierząt gnieździ się na jednej czwartej tej powierzchni, która obowiązuje w ogrodach zoologicznych. Tyle, że cyrkowe zwierzęta nie mieszkają na stałe nigdzie. – Każdego dnia są w innym miejscu, muszą od nowa poznawać niewielkie terytorium, z nowymi zapachami i dźwiękami, po czym znów wyruszają w podróż, która dla większości gatunków wiąże się z ogromnym stresem – twierdzi Cezary Wyszyński, prezes fundacji, której pracownicy odwiedzali anonimowo polskie cyrki.

Większość zwierząt cyrkowych opuszcza klatkę tylko na czas tresury czy spektaklu, cierpią na stereotypię, chorobę psychiczną wynikającą z nudy i ze zbyt małej przestrzeni życiowej. Szczególnie niedźwiedzie, często z uszkodzonymi pazurami i zębami, dzielące kilkumetrową przyczepę z gadami. Albo słonie, które w naturze pokonują ogromne odległości, a w cyrkach uwiązywane są na łańcuchu. W niewoli żyją nawet dwa razy krócej niż na wolności.

W cyrku Arena, jednym z największych w Polsce, wykorzystywana jest słonica afrykańska Tembo. W czasie występów z głośną muzyką i migającymi światłami zmuszana jest do „tańców”, a największą atrakcją ma być ciąganie jej za ogon przez tresera. W przerwach spacerującego ze słoniem po ulicy… Obrońcy zwierząt złożyli zawiadomienie do prokuratury. 6 czerwca sąd w Częstochowie skazał tresera słonia.

Prawo w Polsce w przypadku tej wątpliwej rozrywki jest jednak na ogół bezbronne. Z raportu Vivy wynika, że działalność cyrkowa z wykorzystaniem zwierząt prowadzona jest w Polsce w “luce prawnej”. Z jednej strony nakłada się na cyrki obowiązek zapewnienia zwierzętom warunków określonych dla zwierząt w ogrodach zoologicznych, z drugiej jednak nikt tego nie kontroluje i nie dostrzega rażących nieprawidłowości, jakby przepis nie istniał. Namioty cyrkowe są objęte obowiązkowym nadzorem inspekcji nadzoru budowlanego, ale mimo to cyrki nie zgłaszają tych “budowli” do PINB, a inspekcja zawiadamiana o namiotach z reguły przyjeżdża na kontrolę kiedy namiot jest już zdemontowany i jest w drodze do następnego miasta. W 2007 r. w Opolu Lubelskim po zawaleniu się namiotu rannych było 40 osób.

Cyrkowcy nic też sobie nie robią z Ustawy o Ochronie Zwierząt, która zakazuje działalności menażerii objazdowych. Wożą ze sobą nie tylko zwierzęta, które biorą czynny udział w przedstawieniach, ale i takie, które traktowane są jak eksponaty, które ogląda się za dodatkową opłatą np. w przerwie spektaklu.

W tym roku prezydenci kilkunastu polskich miast zapowiedzieli, że nie pozwolą na cyrkowe pokazy. Jak te zapowiedzi traktują właściciele cyrków przekonał się w kwietniu m.in. Robert Biedroń, prezydent Słupska. Dyrektor cyrku Zalewski ocenił, że zakaz wydany przez prezydenta Słupska jest bezprawny, ponieważ może dotyczyć tylko terenów miejskich i wynajął na pokaz teren prywatny.
– Wolałbym, żeby pan Biedroń skupił się na tym, jak pomóc zwierzętom, a nie walczył z cyrkami. One były w cyrkach od zawsze – mówił w wywiadach.

Faktycznie, długa tradycja pokazywania sztuczek tresowanych zwierząt na łańcuchach i w klatkach wywodzi się z północnej Afryki, gdzie w tej samej cyrkowej trupie były węże boa, małpy i ludzie – niewolnicy.

Rozumiem, że nie każdego stać, żeby jechać z dzieckiem na safari czy do dżungli i tam uganiać się za małpami czy tygrysami. Ale czego nauczą się dzieci o naturze dzikich zwierząt patrząc na uwięzione, kręcące się w kółko, zestresowane i złamane psychicznie zwierzę? Niestety, najwięcej uczą się w ten sposób o naturze ludzkiej.