Koncerny GMO walczą o wpływy. Czyim kosztem?

GMO

Walko o GMO to nie walka z głodem na Ziemi, ale bezwzględna rywalizacja o rynek warty setki miliardów dolarów

Dziwnym trafem w polskiej prasie ukazuje się ostatnio sporo artykułów „walczących z mitami” dotyczącymi żywności genetycznie modyfikowanej. W artykule w Polityce Marcin Rotkiewicz przekonuje, że żywność transgeniczna jest gwarantem rozwiązania większości problemów żywnościowych Afryki. Przywołuje argumenty naukowców, że nie ma jednoznacznych badań, które wskazywałyby na jej szkodliwe oddziaływanie na organizm ludzki, przytacza przykłady roślin odpornych na skrajne warunki atmosferyczne czy glebowe, które miałyby pomóc afrykańskim krajom zamienić się w żyzne pola uprawne. Na przeszkodzie stoją głównie unijni urzędnicy z ich „absurdalnymi” przepisami, Greenpeace, czy wreszcie naiwni konsumenci, którzy wierzą, że zdrowe to, co natura dała, a nie chemia wyprodukowała.

Rotkiewicz przyłącza się swoimi argumentami do apelu naukowców o zaprzestanie walki z GMO, w tym 110 laureatów Nagrody Nobla. Czy profesora Jana K. Ludwickiego, kierownika Zakładu Toksykologii i Oceny Ryzyka w Narodowym Instytucie Zdrowia Publicznego – Państwowym Zakładzie Higieny, który w tym samym numerze Polityki, tyle że w wywiadzie sponsorowanym (przez anonimowego sponsora), przekonuje, że ekologicznych owoców czy warzyw, opanowanych przez śmiercionośne toksyny, sam by nie tknął, ewentualnej szkodliwości używania pestycydów winni są jedynie rolnicy, a Amerykanie karmieni masowo od 20 lat GMO wciąż przecież żyją. W maju tego roku o tym samym przekonywał w wywiadzie opublikowanym jako materiał dziennikarski w Gazecie Wyborczej.

Pozwolę więc sobie pokrótce wyjaśnić w kilku punktach najważniejsze sprawy, o których piewcy koncepcji GMO jako nadziei na wyżywienie do syta planety, nie wspominają:

– Ilość żywności już produkowanej na świecie pozwoliłaby wykarmić dwie takie planety, jak Ziemia. Nie mamy problemu z niedoborem żywności, ale jej marnowaniem. Jak podkreśla Jean Ziegler, autor „Geopolityki głodu”, źródłem masowego głodu w „biednych” krajach jest nędza i jednoczesny wzrost cen żywności. Będące skutkiem deregulacji produkcji rolnej, ekspansji biopaliw, grabieży ziem uprawnych, zredukowania żywności do rangi towaru, czy spekulacji finansowej. Ofiarą wzrostu cen padają głównie mieszkańcy Globalnego Południa, którzy wydają na jedzenie od 50 do 80 proc. tego, co zarabiają. Wyrzucani z uprawianych przez siebie dotychczas pól, zmuszani do kupowania żywności daleko od domów, której nie mają jak transportować i przechowywać, albo „uszczęśliwiani” nasionami GMO, jak rolnicy w Indiach, których władze teraz próbują bezskutecznie zahamować podwyżki cen nasion modyfikowanej bawełny, od której uzależniło ich Monsanto.

– Rośliny modyfikowane genetycznie pozwalają na bardziej wydajne uprawy, ale pod warunkiem, że chodzi o skale masową i z masowym wykorzystaniem środków ochrony roślin. Nie oszukujmy się, masowymi uprawami nie zajmują się drobni afrykańscy rolnicy, ale ogromne koncerny, które w Afryce szukają taniej ziemi, taniej siły roboczej i niskich podatków. I nie po to produkują żywność, żeby oddawać ją głodującym. Nie bez kozery największe gospodarstwo rolne świata znajduje się w RPA i należy do saudyjskiej firmy. To, co jest problemem drobnych rolników a Afryce, to przede wszystkim brak praw do ziemi, wywłaszczanie z tej, do której mają prawa (na rzecz zagranicznych inwestorów) i brak infrastruktury, a nie brak super-nasion, za które musieliby co roku płacić haracz ich producentom.

Producenci GMO to jednocześnie oligopoliści na rynku „normalnych” nasion oraz środków ochrony roślin. 6 największych firm, m.in. Monstanto, Syngenta, DuPont kontroluje 63 proc. rynku nasion o wartości ponad 20 mld dolarów rocznie, oraz 80 proc. rynku pestycydów, wartego niemal 30 mld USD. Sześciu gigantów handlu produktami rolno-spożywczymi, m.in. Bayer, Monsanto, BASF, Cargill, kontroluje 77 proc. rynku nawozów. Zaledwie 20 lat temu niezależnych firm działających na rynku było 600! Dziś oligarchowie monopolizują znaczną część usług związanych z transportem i dystrybucją żywności. Dyktują ceny na giełdach produktów rolnych.

Nic dziwnego, że w momencie gdy Unia pozwala krajom członkowskim na wprowadzanie zakazów stosowania GMO czy najbardziej dochodowych pestycydów i herbicydów, giganci szukają nowych rynków. Ponieważ Chiny, dotychczas największy importer modyfikowanej soi, zakazały sprowadzania zachodnich nasion i opracowują własne transgeniczne odmiany, pozostała im Afryka…

– Na razie niemal 70 proc. z ok. 150 mln hektarów transgenicznych upraw na świecie, które zajmują już 10 proc. globalnej powierzchni rolnej, znajduje się w USA. Głównie dzięki wsparciu eksportu roślinnej biotechnologii przez amerykański rząd, który oprócz dotacji do produkcji zaangażował się w międzynarodowy lobbing na rzecz upowszechniania GMO, co ujawniły m.in. wycieki dyplomatycznych depesz do WikiLeaks. W 2015 r., jak ujawnia OpenSecrets.org, samo Monsanto wydało na lobbing 4,5 mln dolarów. Dotyczący m.in. negocjacji TTIP – Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji, które miało umożliwić transgenicznej żywności dostęp do europejskiego rynku.

– To z nasion Monsanto pochodzi wciąż większość roślin transgenicznych na świecie. Firma większość dochodów generuje jednak głównie z produkcji herbicydu Roundup. To na ten środek jest zaprogramowana genetycznie większość roślin GMO, więc trzeba go używać do odchwaszczania upraw. Jego główny składnik – glifosat – działa toksycznie na komórki ludzkie, zabija pszczoły, odkłada się w glebie i wodzie. Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem (IARC), która uznała, że glifosat może powodować u ludzi raka. Do końca 2017 roku opinię na temat rakotwórczości tego środka ma wydać Europejska Agencja Chemikaliów (ECHA). Wtedy glifosat może zostać całkowicie zakazany, co spędza sen z oczu lobbystom Monsanto. Już teraz walczą o zniesienie obowiązującego wstępnie do końca tego roku zakazu stosowania pestycydów zawierających najczęściej stosowane neonikotynoidy. Szkodliwe dla pszczół, które wymierają w ostatnich latach w zastraszającym tempie. Na tym Monsanto też już chce zrobić biznes: opracował właśnie genetycznie zmodyfikowaną mrówkę, która mogłaby ocalić światową produkcję żywności…

Od GMO uzależnione są nawet kraje, które teoretycznie zakazują ich uprawy. Jak Polska, gdzie 99 proc. pasz dla zwierząt jest opartych na taniej, modyfikowanej soi. Uprawianej głównie na gigantycznych farmach w Brazylii powstałych w miejsce wypalanych lasów tropikalnych.

Od sojowych pasz odwrotu już praktycznie nie ma. Polska, podobnie jak wiele krajów unijnych, wprowadziła już teoretycznie zakaz ich stosowania, ale obowiązuje na nie wciąż przedłużane moratorium, bo na rynku innych pasz praktycznie już… nie ma. Nic nie jest bowiem tak tanie i na niczym innym kurczaki i świnie nie rosną jak w filmie z przyśpieszonym odtwarzaniem.

Nic dziwnego, że inny gigant z branży – Bayer – podwyższył właśnie ofertę przejęcia amerykańskiego Monsanto do 127,5 dol. za akcję, co wycenia spółkę biotechnologiczną na 65 mld dolarów. To byłaby kolejna tego typu transakcja na rynku firm biotechnologii żywności. W zeszłym roku Dow and DuPont ogłosiły połączenie warte 130 mld USD, a chińska ChemChina kupiła za 44 mld USD Syngentę. Już teraz skutkuje to wzrostem cen nasion i nawozów – alarmują m.in. niemieccy rolnicy, o czym informuje dziś Financial Times. Gdyby Bayer przejął Monsanto, stałby się największym globalnym graczem na rynku nasion i nawozów. Najbardziej intratnej branży na świecie, z likwidacją głodu nie mającą nic wspólnego. Chyba, że chodzi o zaspokajanie głodu na gigantyczny zarobek.

Slide2

Źródło: themarketmogul.com

Tagged with:     , ,