Olej palmowy. Gorszy niż ropa i krwawe diamenty

palmoil

Rosnący w tempie geometrycznym apetyt mieszkańców krajów rozwiniętych na słodycze, śmieciowe jedzenie i nowe kosmetyki jest przyczyną największych katastrof ekologicznych i społecznych w krajach rozwijających się. Można by im zapobiec, ale dopóki upieramy się, by kupować coraz więcej za jak najmniej, będzie coraz gorzej

Liberia to jeden z najbiedniejszych krajów świata. Ponad połowa mieszkańców nie ma, dosłownie, z czego żyć. Kiedy dziesięć lat temu władzę obejmowała aktualna prezydent, wykształcona na Harwardzie Ellen Johnson Sirleaf, sytuacja kraju pogrążonego dotychczas w wojnie domowej była fatalna. Liberia potrzebowała szybkich efektów, więc zaprosiła do współpracy międzynarodowych konsultantów. Między innymi byłego premiera W. Brytanii, Tony’ego Blaira, który prowadzi organizację o obiecująco brzmiącej nazwie Africa Governance Initiative.

I znaleźli rozwiązanie: wpuścić na bardzo korzystnych warunkach inwestorów zagranicznych, którzy mogliby zagospodarować ziemie rolne. Dotychczas zajmowane przez rdzenną ludność, niezdolną jednak do wyżywienia całego kraju. Nowym złotem Liberii miał stać się olej palmowy, dając docelowo pracę 100 tysiącom mieszkańców. Z oferty skorzystała m.in. firma Golden Veroleum Liberia (GVL), której głównym udziałowcem jest światowy gigant na rynku oleju palmowego z siedzibą w Singapurze Golden Agri-Resources. Dostała w 95-letnią dzierżawę 220 tys. hektarów ziemi.

Gdy firma, na podstawie umowy z liberyjskim rządem, zaczęła zagospodarowywać ziemie dotychczas uprawiane przez lokalną ludność, zaczęły się protesty. Zatrudnienie w firmie znalazło bowiem nie 100 tys., a ledwie 3 tys. osób. Firma, która ma zapewniać olej palmowy zgodny z wymogami RSPO (międzynarodowego porozumienia na rzecz pozyskiwania oleju palmowego w sposób zrównoważony), zaczęła więc „negocjacje”. Obiecała budowę szkół, dostępu do wody pitnej, szpitala itd. Bez żadnych pisemnych umów czy terminów. Konflikt trwa, ale lokalna ludność – nie mająca wystarczających tytułów prawnych do powstrzymania inwestycji – i tak nie ma wyjścia.

Olej palmowy – pozyskiwany ze specjalnie sadzonych w tym celu palm, pod które wycina się dziewicze lasy czy wysiedla masowo lokalną ludność – stał się równie kontrowersyjnym surowcem, co krwawe minerały. Po pożarach lasów, które pochłonęły rok temu kilka milionów hektarów indonezyjskiej dżungli, pojawiło się pytanie, kto jest winowajcą największej katastrofy ekologicznej stulecia. Większość pożarów to bowiem skutek celowych, nielegalnych wypaleń oraz osuszania torfowisk, by zrobić miejsce pod plantacje palm, z których owoców i pestek wytwarzany jest olej. Indonezja była dotychczas jego największym producentem. Eksportuje rocznie 30 mln ton oleju o wartości 17 mld dolarów, co wraz z nieco mniejszą produkcją Malezji, zapewnia niemal 90 procent zapotrzebowania świata. I tworzy gigantyczny, lukratywny biznes.

Dla świata, informacje o tym, że w ciągu ostatniego ćwierćwiecza wykarczowano i wypalono nielegalnie ponad 30 mln hektarów lasów tropikalnych, stają się jednak coraz bardziej kłopotliwe. Do tego dochodzi ogromne zanieczyszczenie środowiska oraz choroby pracowników wywołane stosowaniem szkodliwych pestycydów. Według duńskiej organizacji Fern sama Unia Europejska wydaje co roku sześć miliardów dolarów na produkty pochodzące z dewastacji lasów tropikalnych. Z czego większość to właśnie olej palmowy, którego jest drugim, po Indiach, największym importerem.

Na tym kontrowersyjnym surowcu swój biznes opierają wszystkie europejskie i amerykańskie giganty kosmetyczne i spożywcze. Bo jest łatwy do przetworzenia, ma świetne właściwości chemiczne, jest bardzo wydajny i, co najważniejsze, tani. Dlatego zapotrzebowanie na niego wciąż rośnie. W 2014 r. wyniosło prawie 60 mln ton i do 2020 roku ma się podwoić. Już teraz produkuje się go więcej niż soi, czy oleju słonecznikowego. Można go znaleźć w co drugim (jak szacuje WWF) kupowanym codziennie produkcie. Nie tylko w słodyczach. Jest w margarynie, kostkach rosołowych, płatkach śniadaniowych, kremach, odżywkach czy szamponach…

Konsumenci do niedawna nawet o tym nie wiedzieli. Bo ukrywał się pod nazwą „olej roślinny” oraz pod postacią „dodatków spożywczych”. Dopiero od końca 2014 r. unijne prawo wymaga wyraźnego oznakowania w składzie produktów oleju palmowego, m.in. po to, byśmy mogli łatwo zidentyfikować firmy używające go jako surowca. Podobne prawo wprowadziły już Stany Zjednoczone i Kanada, niebawem ma wprowadzić je Australia i Nowa Zelandia.

Pierwszą, dość drastyczną akcję edukacyjną zorganizował konsumentom kilka lat temu Greenpeace. Film naśladujący reklamę Nestlé, w którym zamiast batoników Kit Kat pracownik korporacji zajada się krwawiącymi palcami orangutana, wywarł takie wrażenie, że nie tylko Nestlé, ale i Unilever, Cadbury, Ferrero, czy Mars obiecały publicznie, że będą kupować ten zasadniczy składnik wszystkich wyrobów cukierniczych, korzystając jedynie z certyfikowanych źródeł. Czyli od producentów objętych nadzorem w ramach działającego od ponad dziesięciu lat międzynarodowego systemu Round on Sustainable Palm Oil (RSPO), który ma zapewniać, że kupowany przez nie olej palmowy jest produkowany przez rolników, którzy rozwijają plantacje w „zrównoważony sposób”.

System RSPO na razie nie zapobiegł jednak żadnej katastrofie. Ani ekologicznej ani społecznej. Kilka dni temu Amnesty International wydała raport, w którym ujawnia, że na indonezyjskich plantacjach jednego z dostawców takich firm, jak Nestlé, Unilever, Walmart czy Kellog’s, pracują dziecięcy niewolnicy.

Być może dlatego, że praktyka wprowadzania systemów czy certyfikatów wygląda tak, jak w Liberii. A może dlatego, że nawet tam, gdzie faktycznie odbiorca oleju zerwie umowę z „nieodpowiedzialnym” dostawcą, w jego miejsce pojawi się następny, który będzie udowadniał że jego uprawy są „bardziej odpowiedzialne”. Walka o „odpowiedzialnych społecznie” producentów słodyczy, szamponów czy chińskich zupek, stała się elementem olejowego biznesu. Złą sławę plantacji w Indonezji, których symbolem stał się umierający orangutan, wykorzystuje rząd Malezji, która wprowadził własny, konkurencyjny do RSPO, system (Malaysian Palm Oil certification scheme). Przedstawiciele malezyjskich władz jeżdżą po całym świecie (łącznie z Polską) i finansują wycieczki do Malezji dziennikarzom, żeby udowodnić, że „nasze plantacje są mniej szkodliwe niż ich plantacje”.

Niestety, masowe plantacje nigdy nie będą „mniej szkodliwe”. Według danych RSPO, certyfikowane uprawy zaopatrują obecnie ledwie 20 procent globalnego rynku. I nic nie wskazuje na to, że ten wskaźnik będzie szybko rósł. Certyfikowany olej, produkowany na rekultywowanych terenach, z godziwymi pensjami, systemem pożyczek dla drobnych rolników i poszanowaniem zasad środowiskowych jest dużo droższy. I nie zaspokoi rosnącego apetytu miliardów ludzi uzależnionych od nutelli, słodyczy, czipsów itd. Byłoby łatwiej, gdybyśmy jedli dużo mniej, za to z dobrej jakości surowców, uprawianych w bardziej zrównoważony sposób, za który bylibyśmy skłonni więcej zapłacić.

Ale konsumenci, nawet jeśli deklarują, że zwracają uwagę na certyfikaty, jeszcze uważniej patrzą na cenę. Tymczasem ogromne koncerny spożywcze, które wszem i wobec opowiadają, że są odpowiedzialne społecznie, przede wszystkim chcą coraz więcej produkować i sprzedawać. Jeśli więc surowiec „made in Indonesia” staje się zbyt kłopotliwy, przenoszą się tam, gdzie jego uprawa wciąż jest przedstawiana jako błogosławieństwo, na „nieużytkach” Liberii, czy do innych krajów Afryki, dla których przywódców olej palmowy staje się świetnym sposobem na szybkie zaspokojenie apetytu na lepsze wskaźniki gospodarcze. Na zaspokojenie apetytu, a raczej głodu mieszkańców, już niekoniecznie.

Foto: Flickr.com

Tagged with:     , , ,