Pozytywni zdrajcy korporacji

Whistleblower

W Polsce wykrycie afery rangi Swiss Leaks jest mało prawdopodobne. Pracowników chętnych do ujawniania nieprawidłowości jest bowiem mniej niż na Zachodzie, gdzie bez sygnalistów („whistleblowers”) nie wyszłyby na jaw największe przekręty gospodarcze ostatnich czasów

Historia wieloletniego ukrywania przed fiskusem pieniędzy ponad stu tysięcy klientów szwajcarskiej filii HSBC, która ujrzała światło dzienne wiosną tego roku, miała swojego zakulisowego bohatera. Świat poznał mechanizmy i skalę nieetycznego działania bankowego giganta tylko dzięki temu, że sześć lat temu jego pracownik, Hervé Falciani, przekazał wykradzione dane francuskim władzom. Falciani, który w HSBC pracował jako specjalista do spraw bezpieczeństwa, miał wcześniej o podejrzanych transakcjach alarmować zarząd HSBC, a potem szwajcarskie władze. Choć te twierdzą dziś, że informatyk usiłował sprzedać na rynku skopiowane w banku dane, a Francji przekazał je w zamian za ochronę, nie ulega wątpliwości, że bez jego aktywności o transferach pieniędzy polityków, biznesmenów i celebrytów z kilkudziesięciu krajów, w tym z Polski, nikt by się nie dowiedział. Niestety, dla samego Falciani, historia nie skończyła się szczęśliwie.  Na koniec listopada został skazany na 5 lat więzienia za „szpiegostwo gospodarcze”.

Wprawdzie podobne historie kojarzą się bardziej z wyciekiem tajemnic państwowych (jak z ujawnieniem ściśle tajnych dokumentów amerykańskiej agencji wywiadowczej przez Edwarda Snowdena, czy założeniem demaskatorskiego portalu Wikileaks przez Juliana Assange’a), to „whistleblowers” przyczynili się też do ujawnienia największych afer biznesowych ostatnich lat. Które okazały się zalążkiem kul śnieżnych pociągających za sobą gospodarczo-polityczne lawiny.

To dlatego w 2002 r. magazyn Time przyznał tytuł „Człowieka Roku” trzem amerykańskim „sygnalistkom”. Obok agentki FBI Coleen Rowley, która ujawniła, że jej pracodawca zignorował raporty, które mogły zapobiec atakom z 11 września 2001 r. na WTC, uhonorowano Cynthię Cooper i Sherron Watkins. Przypomnijmy: to Cooper, księgowa koncernu medialnego WorldCom udowodniła, że szef firmy zdefraudował 4 ml dolarów, po czym został skazany na ćwierć wieku więzienia, a sam WorldCom zbankrutował. Watkins doprowadziła z kolei do bankructwa Enron, ujawniając malwersacje finansowe jeszcze będąc wiceszefową spółki.

Inny słynny demaskator z korporacji, Jeffrey Wigand, stał się w 1999 r. bohaterem filmu „Insider”. W rolę wiceprezesa do spraw rozwoju firmy tytoniowej Brown and Williamson (spółka zależna British American Tobacco) wcielił się Russell Crowe. Na filmie, podobnie jak w życiu, bohaterski pracownik informuje opinię publiczną o tym, że zarządy koncernów tytoniowych świadomie decydują się, by do papierosów dodawać rakotwórcze składniki uzależniające.

Whistleblowers (sygnaliści, „ci, którzy biją na alarm”), stali się zmorą korporacji. Biorąc na siebie, z różnych powodów, nagłośnienie malwersacji, korupcji czy łamania prawa w firmach, czy urzędach w których pracują, stają się wyjątkowo niewygodnymi świadkami. Gdy wciąż są pracownikami, a problemy, które chcą nagłośnić, są bardziej natury etycznej niż prawnej, tym gorzej dla nich. Pracodawca i współpracownicy na pewno zrobią wszystko, żeby z pracy odszedł.

Na Zachodzie, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych i Australii, istnieją instytucje, które chronią takie osoby. W USA działa organizacja National Whistleblower Center, która pomaga „denuncjatorom”. Ale ważniejsza jest uchwalona w 2002 r. Sarbanes-Oxley Act, która terminem whistleblowers nazywa pracowników publicznie notowanych spółek, pomagających w śledztwie w sprawie oszustw w tych spółkach. Zapewniając im ochronę prawną przed zemstą ze strony szefów (którym za mobbing czy innego rodzaju znęcanie się nad sygnalistami grozi nawet 10 lat więzienia).

Amerykanów do wynoszenia z firmy kompromitujących ją informacji zachęca jeszcze bardziej ustawa Dodd Frank, która nie tylko wzmocniła ochronę whistleblowerów, ale nawet przyznała im prawo do wynagrodzenia (do 30 proc.) grzywny nałożonej za ujawnione nieprawidłowości. W październiku zeszłego roku amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) wypłaciła rekordową kwotę 30 mln dol. za donosicielstwo. SEC nie ujawnia nigdy żadnych danych na temat informatora i sprawy, o której informował. Amerykanie nie tylko nie widzą w nakłanianiu pracowników do donoszenia za pieniądze nic złego, ale chcą wręcz wzmocnić system. Wypłacane dotychczas kwoty były bowiem niewspółmiernie niskie w stosunku do zarobków na Wall Street, gdzie mediana pensji na stanowiskach kierowniczych wynosi 15 milionów dolarów.

W Polsce sygnaliści za swoją szczerość płacą na ogół dużo wyższą cenę niż instytucje, których nadużycia decydują się nagłośnić. Bożena Łopacka, która 10 lat temu odważyła się sama wytoczyć prawną i „whistleblowerską” wojnę przeciw łamiącej prawa pracownicze Biedronce, mówi po latach, że zrobiła największą krzywdę sobie. Gdy medialny szum przycichł została bez pracy i bez pieniędzy.

Tadeusz Pasierbiński, uznany ginekolog z Mikołowa, przez dekadę walczył o uczciwość w środowisku lekarskim. Jako jeden z pierwszych zaczął głośno mówić o ustawianych konkursach ordynatorskich na Śląsku. Zemsta kolegów była słodka. Najpierw komisja etyki izby lekarskiej napiętnowała go za pomówienia, oskarżeni lekarze wytoczyli sprawę o zniesławienie, nasłane kontrole miały udowodnić, że nie nadaje się do pracy, a ostatecznie ją stracił. Po wielu latach procesu jedyne, co przyznał mu sąd pracy, to uznanie zwolnienia za bezzasadne.

Podobnie było w przypadku Doroty Ziry, pracownicy służby więziennej, która ujawniła kulisy przetargu, który miał wyłonić dostawcę sprzętu medycznego dla szpitali więziennych. Postanowiła sprzeciwić się naciskom z góry na to jak przeprowadzić zamówienie. Dopiero jak poinformowała o tym media, sprawą poważniej zajęła się prokuratura i CBA. Kobieta musi już sama walczyć o odszkodowanie za poniżanie w pracy i utratę zdrowia.

Fundacja Batorego, w swoim raporcie przedstawionym 11 lutego, zwraca uwagę, że w zakresie ochrony osób sygnalizujących nieprawidłowości w miejscu pracy Polska wciąż nie spełnia zapisów Konwencji Narodów Zjednoczonych przeciwko korupcji (UNCAC). Ratyfikowanej w 2006 roku. Jak zwracają uwagę eksperci Fundacji Batorego, nie dość że przepisy Kodeksu pracy nie chronią dostatecznie takich osób, to ok. 40 proc. wszystkich pracowników jest obecnie zatrudnionych w tzw. elastycznych formach zatrudnienia np. na podstawie terminowych umów o pracę, umów cywilnoprawnych, czy samozatrudnienia, co pozbawia ich ochrony. Co więcej, z Rządowego Program Przeciwdziałania Korupcji na lata 2014-2019 z dnia na dzień zniknęła problematyka ochrony prawnej sygnalistów, w tym punkt mówiący o potrzebie rzetelnej analizy sytuacji prawnej sygnalistów w naszym kraju.

Jeszcze większą barierą dla uczciwych pracowników jest polska mentalność. Gdy dwa lata temu Fundacja Batorego z CBOS zbadały, jak Polacy oceniają tych, którzy informują opinię publiczną, własne kierownictwo albo odpowiednie służby o tym, że w ich firmie dzieje się coś złego, okazało się, że traktujemy ich jak donosicieli. Co z tego, że 70 proc. z nas zapewnia, że byłoby skłonnych ujawnić korupcję, mobbing i nadużycia, zawiadamiając np. prokuraturę, skoro jednocześnie dla 20 proc. taka osoba to kapuś, zdrajca albo…głupek. W praktyce, gdyby np. ktoś z kolegów tankował paliwo na koszt firmy, jedna trzecia współpracowników zdystansowałaby się do niego, robiła nieprzyjemności, a 20 proc. wykluczyła z grona znajomych. Ponad połowa jest pewna, że gdyby zawiadomili o nadużyciach, zostaliby wyrzuceni z pracy, a 12 proc spodziewałaby się nieformalnych szykan.

Nic dziwnego, że większość afer w polskich firmach wykrywa się dzięki anonimowym donosom. Częściej do mediów niż państwowych służb. Choćby dlatego, że te pierwsze zapewniają szybszy rozgłos, a tym samym szansę na rozwiązanie problemu. O masowym „odświeżaniu” zepsutych wędlin w Zakładach Mięsnych Constar w Starachowicach pracownicy firmy poinformowali TVN. Reporterka stacji sama musiała się zatrudnić w zakładzie, żeby zgromadzić dowody. Sygnalistom sprzyja też rozwój portali społecznościowych. Na anonimowym forum dla pracowników gowork.pl roi się od interesujących relacji z praktyk stosowanych przez polskie firmy. Niekoniecznie dotyczących warunków pracy.

Swoimi doświadczeniami coraz chętniej dzielą się za to byli już pracownicy. Wspomnienia blogera o pseudonimie „Aspirujący Pisarz”, o realiach panujących w uważanej kiedyś za symbol biznesowego sukcesu sieci Empik, nie są materiałem dla służb kontrolnych czy prokuratury. Ale na pewno obnażają to, co mająca ostatnio spore kłopoty firma chciałaby ukryć.

Niektóre firmy, doświadczone już przez aktywność „zdrajców”, wdrażają rozwiązania, które mają im pomóc wygasić pożar, zanim będzie o nim głośno. Jeronimo Martins Polska (właściciel Biedronki), po przeżyciach z Łopacką, powołał w 2007 r. biuro obsługi pracowników, w którym można zgłaszać anonimowo wszelkie nieprawidłowości. W pierwszym roku działalności było ich około 350, w kolejnych latach – po kilka tysięcy. System informowania o nieprawidłowościach wprowadzono też w Grupie PKP. Widocznie działa skutecznie, skoro o kolejnych absurdach w tej firmie reszta Polski dowiaduje się zawsze za późno… To niestety normalne w społeczeństwach, które – jak ujął to kiedyś Orwell – im dalej dryfują od prawdy, tym bardziej nienawidzą tych, którzy ją ujawniają.