Pracownicy kontra kapitaliści

esop

Problem rosnących nierówności dotyczy przede wszystkim dochodów z pracy, nie z kapitału. Może więc najlepszym orężem w walce z nierównościami jest umożliwienie pracownikom, by zostali… kapitalistami?

Ratowanie bankrutującej Grecji, a teraz – rozwiązanie problemu uchodźców z krajów objętych konfliktami zbrojnymi – stało się nieoczekiwanie największym zmartwieniem Unii Europejskiej. Przyćmiewając to, z czym Europa miała się zmierzyć w najbliższym czasie: walkę z nierównościami społecznymi. Być może zdesperowani imigranci nie szturmowaliby tak chętnie niemieckiej granicy, gdyby wiedzieli, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat nierówności w strefie euro rosły najszybciej właśnie w… Niemczech. Oczywiście, przy wciąż wysokiej bazie (średnia roczna pensja Niemców, według parytetu siły nabywczej, jest dwukrotnie wyższa niż w Polsce) i rozwiniętemu systemowi opieki socjalnej, na razie nie ma to wielkiego znaczenia. Ale za kilkadziesiąt lat – jak wieszczą ekonomiści, z autorem „Kapitału XXI wieku”, Thomasem Piketty’m na czele, czy noblistą Josephem Stiglitzem – skrajne nierówności staną się największym hamulcowym lokalnych, a potem i globalnej gospodarki. W ogromnym uproszczeniu: bogaci nasycą już się tak bardzo, że nie „nadrobią” popytu, który zmaleje ze strony relatywnie biedniejącej klasy niższej i średniej.

Faktycznie, ogłoszone na ostatnim, styczniowym szczycie w Davos, prognozy organizacji humanitarnej Oxfam, że niedługo 1 proc. najbogatszych ludzi świata będzie dysponowało bogactwem większym niż pozostałe 99 proc. ludzkości, zabrzmiały groźnie. Bo choć bogactwo można mierzyć różną miarą (np. według raportu Credit Susisse do 1 proc. ludzi należy 48 proc. bogactwa gospodarstw domowych, włączając aktywa finansowe, a wyłączając długi), rosnące szybko dysproporcje oznaczają prędzej czy później problemy. Społeczne, ekonomiczne, wreszcie polityczne. Jak wykazał zarówno Pikketty, jak i były pracownik Banku Światowego, Branco Milanović, wynikają one głównie z rosnącej przepaści między dochodami z kapitału a dochodami z pracy. Te pierwsze rosną szybko, przekraczając tempo wzrostu gospodarczego. Te drugie, zwłaszcza w grupie mniej zarabiających, słabiej wykwalifikowanych, albo w zawodach, na które popyt jest coraz mniejszy (automatyzacja…), rosną dużo wolniej. Dla przykładu: w Polsce udział kosztów pracy w wartości dodanej wynosił w 2014 r. niespełna 42 proc., przy średniej dla Unii Europejskiej na poziomie blisko 54 procent. Faktycznie można więc odnieść wrażenie, że praca jest w Polsce „wykorzystywana” (w domyśle przez właścicieli kapitału, na których przypada pozostałe 58 proc. generowanego dochodu).

To fakty znane, ale dopiero niedawno zaczęto poważnie dyskutować o remedium. Tymczasem już w latach 50. ubiegłego wieku rozwiązanie proponował Louis Kelso. Ten ekonomista, prawnik i bankier (!) jest ojcem tzw. ekonomii binarnej. Jego zasadniczy postulat opiera się na tym, by ludzie nie mają-cy majątku na zabezpieczenie i żyjący jedynie z pracy, mogli konkurować na rynku kapitałowym na równi z tymi, którzy go mają i od dawna pomnażają. Rzecz bowiem w tym, że życie jedynie z pracy rzadko pozwala zgromadzić kapitał, który byłby w stanie wzmocnić dochód i stopniowo akumulo-wać bogactwo.

Panaceum wymyślonym przez Kelso miał być mechanizm ESOP (Employment Stock Ownership Plan). Chodzi o rodzaj akcjonariatu pracowniczego, polegający na tym, że pracownicy lokują środki przysługujące im z tytułu udziału w zysku w akcjach firmy, w której pracują. Albo dostają je zamiast części wynagrodzenia. Tym samym stają się de facto jej współwłaścicielami, choć nie bezpośrednio, bo ulokowanie środków następuje za pośrednictwem specjalnie do tego powołanego trustu. Firma, za pośrednictwem takiego trustu może taniej – dzięki systemowi ulg i ułatwień – finansować inwe-stycje, więc korzyści są obopólne.

Wprawdzie wymyślony przez Kelso model dotyczył głównie zabezpieczenia pracownikom lepszej emerytury, ale wprowadzone w latach 70. rozwiązania podatkowe zachęciły do masowego stoso-wania ESOP. A uchwalone w 2001 r. przepisy zapewniły, że w tej formule identycznie traktuje się sprzątaczkę i prezesa. W skrócie chodzi o to, że przedsiębiorstwo dostaje dużą ulgę podatkową, jeśli uwłaszczy pracowników poprzez wyemitowanie nowych lub przekazanie części istniejących udzia-łów. Aktualnie w USA jest ok 10 tys. firm stosujących to rozwiązanie (m.in. United Airlines), zatrudniającyh 15 mln ludzi. Jak wskazują badania Stevena Freemana, pracownicy, którzy mają udział we własności i zarządzaniu, są bardziej produktywni, lojalni, mają większą motywację. Dywidenda powiększa ich dochody do dyspozycji. Z punktu widzenia całej gospodarki rośnie siła nabywcza, a maleje nacisk na redystrybucję dochodów, czyli wyższe podatki. Akcjonariat pracowniczy to rów-nież dobry model wykupu firmy od właściciela, który chce odejść na emeryturę, a nie ma komu jej przekazać (w Polsce taki dylemat mieli np. właściciele TVN). W ten sposób kapitał może zostać w rękach, które go tworzyły.

Są i wady. Z punktu widzenia firmy rozwadnia się struktura właścicielska. Do takich rozwiązań nie garną się więc młode firmy, gdzie właściciele dużo zaryzykowali i nie mają ochoty zbyt szybko dzielić się z innymi. Ryzykuje też załoga, bo gdy firma upadnie, oszczędności trzymane w formie akcji przepadają. Przekonali się o tym m.in. pracownicy Enronu, którzy tuż przed bankructwem fir-my w 2001 r. trzymali w jej udziałach średnio 62 proc. swoich wartych po 40 tys. aktywów emery-talnych. Dlatego model ESOP sprawdza się najlepiej w małych i średnich, zwłaszcza rodzinnych firmach, gdzie jest płaska struktura i duże zaufanie między założycielami a pracownikami.
W dużych korporacjach, również poza USA, namiastką tego modelu są programy opcji pracowniczych na akcje. Czyli prawo do kupna akcji spółki. Tyle, że ich głównymi adresatami są zarządy i najwyżsi menedżerowie, którzy akurat nie łapią się do grupy dotkniętej wzrostem nierówności spo-łecznych. Wręcz przeciwnie, zarobki 1 proc. najwięcej zarabiających pracowników wzrosły globalnie w latach 1988 a 2008 r. aż o 60 procent. To oni biorą też udział w wykupach menedżerskich (MBO), więc im akurat do „kapitalistów” jest automatycznie najbliżej.

Niestety, jak wynika z najnowszego raportu Europejskiej Federacji Akcjonariatu Pracowniczego, w Europie to właśnie najlepiej zarabiający menedżerowie stają się beneficjentami uwłaszczania. Świadczy o tym fakt, że liczba uwłaszczanych pracowników spadła w ciągu trzech lat o pół miliona, podczas gdy aktywa w ich rękach wzrosły do 300 mld euro. Konkretnie: 8 tys. menedżerów miało po 14 mln euro w akcjach swoich pracodawców, podczas gdy niemal 9 mln pozostałych pracowni-ków miało udziały warte ledwie 20 tys. euro. Wyjątkiem jest Wielka Brytania, która w 2011 r., wprowadziła przepisy podatkowe, które zachęcają do uwłaszczania wszystkich pracowników. W efekcie, w ubiegłym roku już niemal jedna trzecia wszystkich zatrudnionych miała udziały w swoich firmach, podczas gdy w Europie ta liczba spadła do ok. 20 procent.

W Polsce, gdzie grozi nam pułapka średniego dochodu, nie mówiąc o niepewnych emeryturach, aż prosi się o „dokapitalizowanie” pracowników. W Instytucie Allerhanda powstała dwa lata temu propozycja, jak można je realizować za pomocą istniejących w Polsce rozwiązań prawnych. Można wykorzystać do tego m.in. połączenie spółki celowej, fundacji i podatkowej grupy kapitałowej, by transakcja wszystkim się opłacała. Rzecz w tym, że aby model pracowniczy sprawnie funkcjonował, potrzebne jest przede wszystkim zaufanie i długoterminowe myślenie – o pracodawcy o pracowniku i na odwrót. A tego w Polsce brakuje najbardziej. Przypomnijmy. Mieliśmy już akcje pracownicze jako formę gratyfikacji dla długoletnich pracowników w prywatyzowanych państwowych firmach o państwowym rodowodzie. Takie akcje przydzielały m.in. PKP, Energa, Enea, JSW czy PZU. Idea wywodziła się z założenia, że na sukces prosperującej firmy poza właścicielami i zarządzającymi znaczący wpływ ma również załoga. Większość pracowników błyskawicznie się swoich akcji pozby-ła. Będąc jednym z wielu dowodów na to, że jeszcze dużo nam brakuje, by z najemników zamienić się w kapitalistów.

Fot. http://www.esopcpa.com/

*Tekst ukazał się pierwotnie w Forbes 10/2015