Skłonność do korupcji mamy w genach

"Oszust z asem karo"

Transformacja ustrojowa nie przyniosła zmiany w poziomie moralności Polaków. Ale wyzwoliła cechy, które ukształtowały specyficzną etykę polskiego biznesu – korupcja czy oszustwa stały się normą warunkującą powodzenie. Transformacja mentalności dopiero się zaczęła

Kiedy w 2014 roku, w wyniku śledztwa dotyczącego „infoafery”, amerykański gigant komputerowy Hewlett-Packard przyznał się do przekupywania polskich urzędników, Bartłomiej Sienkiewicz (!), szef resortu spraw wewnętrznych, komentował z nutą satysfakcji:
– To przełomowy moment, w którym wielki międzynarodowy koncern przyznał się, że działał korupcyjnie w Polsce. Że to nie tylko funkcjonariusz jakiegoś ministerstwa jest odpowiedzialny za aferę sprzed lat. To przesuwa Polskę z Europy Wschodniej do Zachodniej. Problem korupcji w Polsce nie jest problemem urzędników, bo każdy człowiek ma punkt przełamania, pewną słabość, którą można wykorzystać. To także problem biznesu.

Problemem jest na pewno przekonanie, że to zagraniczne koncerny są głównym winowajcą afer korupcyjnych w Polsce. Choć faktycznie dla zachodnich graczy Polska była do niedawna niczym żyzne pole, które można było w dowolny sposób orać i zbierać ponadprzeciętne plony. W 2006 r. amerykański inwestor William „Bill” Browder na łamach amerykańskiego „Forbesa” wspominał początki prywatyzacji polskich przedsiębiorstw: „W twoim żołądku uwalnia się pewna chemia, gdy możesz dziesięciokrotnie pomnożyć swoje pieniądze. To uzależnia”.

Uzależniało, bo stawka finansowa była wyższa nawet niż w Ameryce Łacińskiej, gdzie przemianom gospodarczym towarzyszyły podobne terapie szokowe jak u nas. Europa Wschodnia była nietknięta przez zachodni kapitalizm, podobnie jak rynek konsumencki. Najcenniejsze przedsiębiorstwa znajdowały się w rękach państwa i były pierwszymi kandydatami do prywatyzacji. Potencjał szybkich zysków dla tych, którzy pojawili się nad Wisłą pierwsi, był więc ogromny.

Podobna okazja pojawiła się kilkanaście lat później przy finansowanych z funduszy unijnych gigantycznych przetargach informatycznych, infrastrukturalnych czy podbijaniu nowych segmentów rynku, na przykład farmaceutycznego. Lekarzy korumpowali już nie tylko pacjenci załamani nieudolnością służby zdrowia, ale też przedstawiciele medyczni. Kolejny po infoaferze przykład współpracy CBA z Amerykanami – w sprawie korumpowania łódzkich lekarzy przez koncern GlaxoSmithKline – to tylko ujawnienie jednej z wielu tego typu tajemnic poliszynela.

Sposób traktowania Polski przez korporacje międzynarodowe wpłynął na nas demoralizująco. Bardzo często zachowywały się one u nas jak w krajach Trzeciego Świata, ignorując nasze prawo czy prawa pracownicze. Biernie przyglądało się temu państwo, pogłębiając w obywatelach poczucie całkowitego porzucenia i zdania jedynie na własne siły. Promowało to brutalne nastawienie na przetrwanie za wszelką cenę. Moralność musiała ustąpić przed wymogami przeżycia we wrogim otoczeniu – ocenia profesor Andrzej Szahaj z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, historyk myśli społecznej i filozof polityki.

Tyle że – jak mówił na początku transformacji o całej Europie Wschodniej prezydent Czech Václav Havel – „my od wielu dziesięcioleci byliśmy zdemoralizowani”. Z nieprawidłowości ugruntowanych już znacznie wcześniej, w systemie gospodarki nakazowej, w tym braku poszanowania prawa, ograniczania praw własności czy dążenia do ograniczenia wolności konsumentów, wzięły się późniejsze nieetyczne działania państwa wobec biznesu, przedsiębiorstw w stosunku do państwa czy wreszcie przedsiębiorców i pracowników między sobą. Polacy chętnie korzystali z tego, że po 1989 roku bardzo szybko można było wiele zarobić zgodnie z zasadą pierwszej ustawy o działalności gospodarczej „co niezabronione, jest dozwolone”. Wobec deficytów regulacyjnych sukces można było osiągnąć dzięki znajomościom i kontaktom z grupami wpływów i interesów ukształtowanym jeszcze w poprzednim systemie.

– Ludzie zauważyli, że wygrywają ci, którzy potrafią w każdym systemie dobrze się ustawić, a nie ci, którzy na to zasługują swoją ciężką pracą i talentami. Moralność została uchylona na rzecz pragmatyki politycznej i ekonomicznej – dodaje profesor Szahaj.

Ta pragmatyka doprowadziła do tego, że – jak wynika z ubiegłorocznego raportu Komisji Europejskiej – 82 proc. Polaków nadal przyznaje, że korupcja jest u nas powszechnym zjawiskiem. Tylko w minionym roku 15 proc. osób (w porównaniu z ledwie 4 proc. Europejczyków ogółem) spotkało się w Polsce z sugestią wręczenia łapówki lub też w inny sposób było świadkami korupcji, głównie w kontekście opieki zdrowotnej. 92 proc. Polaków (największy wskaźnik w całej Unii Europejskiej) przyznaje, że łapówkarstwo i koneksje są często jedyną, a na pewno najłatwiejszą drogą do skorzystania z określonych usług publicznych, ponad połowa uważa, że powiązania polityczne są konieczne do odniesienia sukcesu w biznesie. Również z opublikowanego pod koniec ubiegłego roku raportu Europejskiego Urzędu ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych (OLAF) wynika, że w Polsce korupcja może obejmować nawet jedną czwartą przetargów. Pod tym względem jesteśmy w europejskiej czołówce, w towarzystwie Rumunii, Bułgarii i Węgier. To pokazuje brak wiary, że aparat państwowy działa skuteczniej (o czym świadczy ujawnianie afer) czy też że większe sukcesy odnoszą już utalentowani i ciężko pracujący na swój sukces.

Czytaj też: „Polska nie radzi sobie z łapówkami”

Społeczeństwo ma nie najlepsze mniemanie o kondycji moralnej naszego biznesu. Być może dlatego, że sądzi po sobie. W ciągu ostatnich dwóch lat niemal połowa przedsiębiorstw badanych przez firmę doradczą PwC padła ofiarą przestępstw gospodarczych. Coraz bardziej dotkliwymi przestępstwami, zwłaszcza w sensie finansowym, są nadużycia związane z zakupami. Korupcja w tym obszarze – i tu można przyznać rację ministrowi Sienkiewiczowi – nie dotyczy więc tylko przetargów publicznych. Co więcej, te ostatnie są pod coraz większą presją przepisów, kontroli i presji publicznej, ale w wielu prywatnych firmach trwa wolnoamerykanka. Ponad połowę przestępstw w firmach popełniają ich pracownicy, w tym coraz częściej ci niższego szczebla (jeszcze parę lat temu byli to głównie zarządzający). Być może wynika to po części z chęci zrekompensowania sobie strat spowodowanych kryzysem – obniżonych dochodów firm, a co za tym szło, pogarszania warunków umów, zmniejszania wynagrodzeń, prowizji czy innych świadczeń.

Socjologowie tłumaczą zachowania w miejscu pracy naszą historią i kulturą. Jacek Santorski podczas ubiegłorocznego Kongresu Regionów w Świdnicy, organizowanego przez „Forbesa”, udowadniał, że większość polskich instytucji, zarówno publicznych, jak i prywatnych firm, działa na zasadzie biznesowych folwarków. Z utrwalonymi historycznie wzorcami minidyktatur: krótka mowa, twarda gra, metoda kija i marchewki – jeśli przekroczysz znacząco wyznaczone cele, otrzymasz nagrodę, jeśli ich nie osiągniesz, stracisz pracę. Twórcą pojęcia „modelu folwarcznego” jest profesor Janusz Hryniewicz, który twierdzi, że taka kultura organizacyjna doprowadziła do wykształcenia dwóch typów zachowań pracowników i kierownictwa „folwarku”. Kierownicy mieli nieskrępowaną władzę, nieograniczoną przepisami. U chłopów z kolei wykształciło się, najczęściej wymuszone, posłuszeństwo, połączone jednocześnie z brakiem poczucia odpowiedzialności i biernością.

Ten etos – jak twierdzi Hryniewicz – utrwalił przez wieki stan świadomości społecznej oparty na podwójnej moralności. Wobec swojej małej grupy, rodziny, przyjaciół obowiązywał wymóg uczciwości, ale kradzenie rzeczy pana, właściciela było akceptowane, a wręcz uznawane za szczególną cnotę i umiejętność. W PRL kultura folwarku rozkwitła, stosunki między pracownikami były zależne od interesów i cech osób, a nie przepisów czy reguł.

Wyjście z PRL nie oznaczało wcale opuszczenia folwarku, a wywodzące się z niego stosunki pracy stłumiły innowacyjność i kreatywność. Podobnie jak jakiekolwiek poczucie wspólnoty czy solidarności, tak bardzo liczące się u progu XXI wieku. To dlatego popularne na Zachodzie narzędzia kultury korporacyjnej, a przy okazji wykrywania nadużyć, jak systemy anonimowego informowania (whistleblowing), w Polsce praktycznie nie istnieją. Tymczasem na świecie dzięki temu wykrywa się aż jedną czwartą biznesowych przestępstw.

– U nas dominuje przekonanie, że stanu faktycznego nie wypada ujawniać, whistleblowing traktuje się jak donosicielstwo, stąd na znaczeniu zyskał wizerunek, nie renoma, co powoduje, że public relations miewa się coraz lepiej, a opinia publiczna nadal uważa, że etyka biznesu to oksymoron – podkreśla profesor Wojciech Gasparski, twórca Centrum Etyki Biznesu w Akademii Leona Koźmińskiego.

Kilkanaście lat temu środowisko naukowe podjęło próbę wyjścia z ofertą edukacji do biznesu. Promując m.in. przedwojenną tradycję kodeksów etycznych i branżowych czy współtworząc organizacje firm, które miały tworzyć wewnętrzne etyczne infrastruktury. Poniekąd dlatego, żeby wzajemnie się kontrolować.

Koszty transakcyjne działania w warunkach korupcji i braku zasad okazały się bowiem w ostatecznym rachunku wysokie dla wszystkich. Najbardziej buntuje się przeciw temu młode pokolenie, które te rachunki musi teraz spłacać. W postaci bezrobocia, straconych inwestycji, zapóźnionej infrastruktury czy braku innowacyjnych miejsc pracy. Pokolenie Y, świetnie wykształcone i mogące w każdej chwili przenieść się za granicę, ma gdzieś kij i marchewkę. Rozumie, że źródłem ich korzyści jest gospodarka oparta nie na układach, ale na wiedzy. I to ono może dokonać kolejnego etapu transformacji.

*Tekst pochodzi z www.forbes.pl