Skąd te nierówności, czyli okropny Bill Gates

Sri Lanka

„Nierówności” to magiczne słowo, które pozwala dziś utrzymywać bezpieczną pozycję tym, którzy nie mają z nierównościami i biedą nic wspólnego…

„Osiem osób ma tyle majątku co połowa ludzi na świecie”. „Szokujące obliczenia organizacji charytatywnej Oxfam”. „Globalizacja wymaga poprawy!”. „Czy Davos coś zmieni?”.

Takie nagłówki gazet i postów atakują od rana. Co roku świat na nowo ekscytuje się tym, że kilka albo kilkanaście osób posiada więcej majątku niż większość z nas. Ci, którzy mieli szczęście (pecha?) znaleźć się w czołówce rankingu najbogatszych: Bill Gates (Microsoft), Amancio Ortega (właściciel m.in. Zary), inwestor Warren Buffett czy Marc Zuckerberg (Facebook) mieli dziś pewnie z tego powodu problem z przełknięciem spokojnie śniadania.

Nie chcę tu nawet rozwijać wątku, że cytowane statystyki same w sobie są manipulacją. 426 mld dolarów, którymi dysponuje (a raczej na ile wycenia się aktualnie wartość ich akcji) to bowiem de facto nie połowa, jak sugerują media, ale 0,16 procenta globalnego majątku. Ale skoncentrujmy się na samych nierównościach, które są obiektywnie faktem.

Którym karmią się z zapałem wszyscy politycy. Szczególnie ci, których czekają w najbliższej przyszłości wybory. Bo nie ma w ostatnich latach bardziej wdzięcznego narzędzia do manipulowania społeczeństwem. Martin Caparros, autor książki „Głód” mówi wprost: „O nierówności mówią coraz częściej ci którzy są jej źródłem”. W ten sposób nierówności są dziś jednym z lepszych motywów, żeby się… wzbogacić.

Umówmy się, mało kogo faktycznie obchodzi, a tym bardziej na mało kogo realnie wpływa fakt, ile skumulował na swoim koncie Bill Gates czy Marc Zuckerberg. Ba, mniej lub bardziej świadomie jesteśmy im wdzięczni, bo pośrednio dzięki nim możemy sami się wzbogacać. Ale już nierówność w stosunku do bliższych przyjaciół czy sąsiada, faktycznie denerwuje. A gdy obok głodującego bezdomnego przejeżdża ktoś w luksusowym samochodzie, staje się to realnym problemem. Przede wszystkim moralnym.

Prof. Göran Therborn, socjolog Uniwersytetu Cambridge, autor książki „Nierówność, która zabija” mówi wprost: „Nierówności wewnątrz społeczeństw są zwiększane przez czynniki działające na oba ich bieguny: ekspansja i koncentracja kapitału na górny, na dolny zaś działania polityków zmierzające do trzymania ubogich w ryzach i zmiękczania ich do tego stopnia, aby godzili się na wszystko”. I to jedno zdanie już wiele wyjaśnia.

Tak naprawdę termin „nierówności” pojawił się niedawno. A przecież istniały zawsze: między królem i chłopami, między panami a niewolnikami, między kolonizatorami i kolonizowanymi, dziś między szefami i pracownikami. Tyle, że dopiero w miarę kształtowania się terminu „społeczeństwo” jako takiego, zaczęto postrzegać to jako problem, czy raczej zjawisko. Therborn, analizując dane historyczne, stwierdza, w uproszczeniu, że najmniejsze globalne nierówności były w czasie wojen światowych i tuż po. Bo większość traciła dorobek życia, więc i baza porównawcza była podobna. Ale czy to znaczy, że ta sytuacja była dobra? Oczywiście, nie.

Nierówności nie są więc problemem samym w sobie, ale to że w zglobalizowanym świecie z natychmiastowym przepływem informacji z jednego jego krańca na drugi i możliwością transportu niemal wszystkiego w ciągu paru godzin, jedna część świata opływa luksusach, a druga – głoduje. Że w jednej chwili ktoś zyskuje majątek, żeby ktoś inny z tego powodu stracił oszczędności życia. Politycy lubią za to obwiniać kapitalizm, globalizację, żarłoczne korporacje i proponować jako remedium wyższe podatki. Pomijając fakt, że remedium nie ma i nie będzie i obiecywanie go jest już samo w sobie czystym populizmem, podaję kilka udokumentowanych, uniwersalnych przyczyn nierówności międzynarodowych i wewnętrznych:

– Włączenie sektorów „realnych” (np. żywności) do sektora finansowego, co przyczyniło się do wzrostu cen podstawowych dóbr, żywności, mieszkań itp.
– Tworzenie rajów podatkowych
– Wymuszanie na krajach rozwijających się ulg podatkowych oraz ułatwień inwestycyjnych, co skutkuje m.in. zjawiskiem tzw. zagrabiania ziemi
– Współpraca z reżimami autorytarnymi: kupowanie surowców naturalnych, tworzenie przepisów ułatwiających ukrywanie majątków i unikanie podatków
– Korupcja i nepotyzm
– Włączenie krajów ubogich do rynku globalnego: wymuszenie obniżenia barier celnych i ograniczenia inicjatyw pobudzających produkcję rolną przy jednoczesnym zwiększaniu subsydiów w krajach rozwiniętych

Do tego dochodzi wspieranie przez polityków instytucji, od których dostają wsparcie w trakcie kampanii albo pracę po skończeniu kariery. Tą „instytucją” mogą stać się automatycznie wyborcy na etapie walki o głosy. Ale też konkretne branże i całe sektory, jak w Polsce – górnictwo, we Francji – rolnictwo, czy w USA – przemysł naftowy, a w Luksemburgu – finansowy..

Żeby oddać sprawiedliwość politykom. My wszyscy przyczyniamy się do tych zjawisk własnymi, codziennymi decyzjami. Kto z nas podejmuje decyzje inne niż maksymalizujące własny zysk? Myślimy o tym, jak wpłyną na człowieka obok, czy tym bardziej – na drugim krańcu Ziemi?

A wpływamy na to kupując komputer i smartfona, tankując samochód, kupując tropikalne owoce z plantacji, na których pracują „nowocześni niewolnicy” i ubrania z Zary (tak, to my przyczyniliśmy się do upadku włókiennictwa w Polsce), objadając się kurczakami karmionymi genetycznie modyfikowaną soją (tak, producenci GMO przyczyniają się do zwiększenia głodu w krajach rozwijających się), oszczędzając na emeryturę w funduszach inwestycyjnych z siedzibą w Luksemburgu, spekulując na giełdzie, biorąc kredyt, jadąc na Sylwestra do hotelu w Dubaju, używając kremu z SLS (pochodna ropy), czy podlewając truskawki w ogródku pestycydami (ci sami producenci, co gmo) itd…

Skołowani? I słusznie. Bo zależności, które ukształtowały współczesny, globalny rynek, na którym najpotężniejsze korporacje i wspierający je politycy umocnili swoją pozycję, a „zwykli” ludzie przegrali, jest więcej niż ta, którą przedstawia nam organizacja Oxfam.

I na koniec jeszcze Caparros: „Czasem wskaźniki społeczne funkcjonują tak jak te drzwi: nie są wykładnią pewnego zjawiska, lecz zjawiskiem samym w sobie, znakiem oznaczającym siebie, narzędziem nieustannie prowadzonej kampanii, jaką stanowią rządy nastawione bardziej na zachowanie władzy oraz podtrzymanie systemu niż rządzenie”.

Bill Gates, niewątpliwy, choć przypadkowy beneficjent systemu, nie ma tu więcej do rzeczy niż ci, których wybieramy na swoich przywódców, i my sami.