W niedzielę nie pracuję!

Handel w niedzielę

Pracujące niedziele stały się symbolem wykorzystywania pracowników przez sieci handlowe. To spore nadużycie, bo akurat w fatalnym traktowaniu i głodowych pensjach przodują franczyzobiorcy i właściciele małych sklepików. Ale jeśli kolejny populistyczny pomysł uda się u nas zrealizować, kasjerki będą miały wolne nie tylko w niedzielę…

Louvain-la-Neuve to bardzo specyficzne miasto w sercu Walonii. Powstało na szczerym polu w latach 70. na skutek buntu francuskojęzycznych studentów i wykładowców słynnego prestiżowego Katolickiego Uniwersytetu Leuven. Budowanie od zera całego miasta było wyzwaniem nie tylko architektonicznym, czy administracyjnym, ale przede wszystkim społecznym. Zaprojektowano, wydawałoby się, idealne rozwiązania – skwerki, lokale na sklepy i restauracje itd. Mimo tego, uniwersyteckie miasteczko w weekendy wygląda jak wymarłe. Sami mieszkańcy, wśród których ponad 70 proc. to studenci, twierdzą, że to głównie wina zakazu handlu w niedzielę. W betonowym Louvain-la-Neuve najzwyczajniej w świecie nie ma wtedy co robić, więc studenci w piątek pakują walizki i rozjeżdżają się do rodzinnych miejscowości. Zwłaszcza, że dorabianie w sklepie też nie wchodzi wtedy w grę, więc z domów przywożą wałówkę na resztę tygodnia. Miasto, wbrew oczekiwaniom urbanistów i władz uczelni, zamiast się rozwijać, zamiera.

Handel w niedzielęFrancuskojęzyczna Walonia to jeden z najbardziej konserwatywnych regionów Europy. I jeden z nielicznych, który niemal całkowicie zakazuje handlu w niedzielę. Równie nudne niedziele spędzają (choć z wieloma wyjątkami) Norwegowie, Szwajcarzy, Francuzi i Niemcy. Polacy mają szansę do nich niedługo dołączyć dzięki, jak to określił niedawno dziennikarz money.pl, „buntowi mas”. Według którego projekt „Solidarności”, zakładający zakaz pracy w niedziele pod groźbą kary więzienia dla pracodawcy, podpisało pół miliona pracujących przy kasie żon, mam i babć, które „nie chcą już nawet dodatkowych pieniędzy, gratyfikacji, bonusów. Chcą mieć tylko i wyłącznie wolne niedziele”.

Pracujące niedziele stały się symbolem nieetycznego traktowania pracowników przez sieci hipermarketów. Co jest zresztą sporym nadużyciem, bo akurat w fatalnym traktowaniu pracowników i głodowych pensjach przodują franczyzobiorcy i właściciele małych sklepików. Ale jeśli kolejny populistyczny pomysł uda się u nas zrealizować, kasjerki będą miały wolne nie tylko w niedziele. Dziennikarz ubolewający nad losem pracowników hipermarketów próbuje udowadniać, że nic nie warte są szacunki branży mówiące o 100 tys. osób, które stracą przez zakaz pracę. Bo rąk do pracy w hipermarketach i tak już brakuje. Ci z niedzieli popracują więc przy rozkładaniu towarów czy w magazynie w inne dni tygodnia.

Biorąc pod uwagę, że największe obroty sklepy osiągają w weekendy, to dość wątpliwy scenariusz. Z analizy Forum Odpowiedzialnego Rozwoju wynika, że wzrosną koszty zakupów konsumentów ze względu na ponoszenie wyższych kosztów alternatywnych (klient nie będzie mógł zrobić zakupów kiedy jest to dla niego najbardziej wygodne) i potencjalnie wyższych cen (według badań empirycznych, restrykcje powodowały wyższe ceny w Niemczech, Holandii i Szwecji).

Skutki zakazu będą różne dla poszczególnych grup klientów, odbijając się przede wszystkim na tych, którzy preferują zakupy w niedzielę, np. ze względu na nieelastyczne godziny pracy. Wolniejszy wzrost produktywności sektora ograniczy tempo podnoszenia wynagrodzeń pracowników. Którzy na współczucie i zrozumienie ze strony klientów nie mają co liczyć. W ostatni weekend 75 tys. Polaków podpisało petycję, w której domaga się utrzymania w niedzielę otwartych sklepów i centrów handlowych. W ramach protestu przeciwko projektowi Solidarności. Petycja zaczynała się od słów: „Ja niżej podpisany/podpisana apeluję o nieodbieranie mi możliwości decydowania, kiedy, gdzie i w jakiej formie robię zakupy oraz w jaki sposób spędzam swój wolny czas”.

Bo w centrach handlowych już od dawna nie chodzi tylko o zakupy, tylko właśnie o spędzanie czasu. W kinie, restauracji, kawiarni, kręgielni czy siłowni. Niektórych to smuci, bo centra handlowe stały się w ten sposób substytutem kultury, sztuki, nie wspominając o życiu religijnym, ale nie oszukujmy się – gdyby tej rozrywki zabrakło, kolejki do muzeów, czy teatrów na pewno się nie wydłużą. Nie wspominając już, że dla niektórych pracujących intensywnie w tygodniu niedziela jest jedynym dniem, w którym mają szansę w jednym miejscu załatwić niezbędne sprawy – zakupy, fryzjera czy szewca.

Bez względu na estetyczne (i etyczne) postawy, centra handlowe stały się ważnym elementem współczesnej kultury społecznej, co rozumieją nawet niektórzy duchowni. Jak kuria z Katowic, która dekadę temu postawiła kaplicę obok centrum Silesia. – Kościół na Śląsku nie buja w obłokach. Wiemy, że wielu ludzi spędza niedziele na zakupach. Księża na Śląsku towarzyszyli ludziom gdziekolwiek oni byli i m.in. z tego powodu chrześcijaństwo jest tu nadal tak silne – mówił na otwarciu ks. Arkadiusz Wuwer z katowickiej kurii.

Z obłoków schodzą też państwa Europy Zachodniej ograniczające dotychczas handel w niedzielę. Sukcesywnie liberalizując przepisy. W ostatnich latach siedem unijnych krajów zniosło lub znacząco ograniczyło zakaz handlu w niedzielę. Węgry, które jako jedyne w ostatnich latach wprowadziły niedawno zakaz handlu w niedzielę, zniosły go po roku. W Wielkiej Brytanii do 1994 r. istniał całkowity zakaz otwierania sklepów w niedzielę, z wyjątkiem aptek i sklepów ogrodniczych (bo niedziela to był czas zajmowania się ogródkiem, a potem nacierania pleców Amolem). Dziś władze regionalne decydują o tym, czy i jakie sklepy można otwierać, a pracownicy mają prawo odmówić pracy w niedzielę z powodów religijnych, ale muszą o tym informować z co najmniej miesięcznym wyprzedzeniem.
Brytyjski minister Brandon Lewis, który pracuje nad dalszą liberalizacją przepisów mówi wprost:

– Nasze prawo dotyczące handlu w niedzielę powstawało gdy świat był inny. Dziś internet generuje 11 proc. całkowitej sprzedaży. Dobijanie tradycyjnych sklepów nie służy nikomu z nas.

Nikomu, oprócz władz związków zawodowych i polityków, którzy pod hasłami walki o „życie rodzinne i religijne” walczą o głosy.

Brytyjskie, belgijskie czy szwajcarskie zwyczaje spędzania niedzieli na kółkach różańcowych czy na sąsiedzkich grillach pochodzą z czasów prosperity, gdy silnie rozwijające się przemysłowo narody w niedzielę odpoczywały masowo w rodzinnym gronie. Nikomu wówczas niedzielne zakupy nie były potrzebne. Ale czasy się zmieniły i w czasach zakupów internetowych i nieuniknionej zmiany stylu życia zamykanie placówek handlowych w niedzielę jest z ekonomicznego i społecznego punktu widzenia szkodliwe. Przede wszystkim dla samych pracowników. Których coraz łatwiej zastąpić, o czym populiści już nie wspominają.

W belgijskim Louvain-la-Neuve zakupy muszę skanować sama za pomocą przenośnego skanera, a płacić w jednej z kilkunastu automatycznych kas. „Dyżurne” kasy, obsługiwane przez ludzi, służą głównie niepełnosprawnym. Podobny system testują w Polsce Tesco oraz sieć Piotr i Paweł.

Argumentowanie, że ludzie zawsze będą potrzebni, a rynek staje się rynkiem pracownika, bo przecież sieci „wciąż szukają”, jest trafianiem kulą w płot. Oczywiście, że sieci potrzebują wciąż pracowników. Ale tanich i dyspozycyjnych, czego dowodem jest rozkwit outsourcingu. Jeśli do tego dojdą problemy wizerunkowe, nieznacznie poprawią warunki i pensje, jak było w przypadku Biedronki, ale kosztem m.in. dostawców. A jeśli nie będą mogły osiągnąć wymaganych stóp zwrotu z inwestycji, wyniosą się, szukając innych źródeł dochodu. Na przykład w internecie, jak wielu już zresztą robi.

Jeśli komuś wydaje się, że zakaz handlu wielkopowierzchniowego w niedzielę wzmocni małych, rodzinnych sklepikarzy, też jest w dużym błędzie. Dowód? Polska jest krajem najmniej zdominowanym przez hipermarkety w całej Unii Europejskiej. Małe sklepy zostały za to niemal całkowicie wyrugowane u niedzielnych domatorów – w Niemczech , Francji, Belgii i Norwegii…

Udział hipermarketów w rynku

Udział hipermarketów w handlu

Kim Moody, współpracownik portalu labornotes.org i autor wielu książek na temat pracy, twierdzi, że automatyzacja nie zastąpi szybko taniej pracy. Powołuje się na dane opracowywane przez Bureau of Labor Statistics, według których w ciągu najbliższych kilkunastu lat najpowszechniejsze (70 proc. rynku) będą zajęcia niewymagające kwalifikacji, ale również nisko opłacane. Według niego czeka nas zwiększanie się mas siły roboczej wykonującej marne prace.

Oczywiście, regionalnie, firmy mają kłopoty ze znalezieniem pracowników. Szczególnie na „wydrenowanych” rynkach, jak polskie specjalne strefy ekonomiczne, do tego dochodzi efekt 500+. Kłopoty ma Amazon, czy LG. Nie musi to jednak oznaczać, że automatycznie płace wzrosną. Miejsce Polaków zajmują Ukraińcy, a z czasem i Polacy zmuszeni do powrotu z Wielkiej Brytanii.

„Bunt” mas z hipermarketów nie wywoła więc rewolucji w etycznym podejściu pracodawców. A związkowcy, którzy z premedytacją żerują na zmęczonych i – faktycznie  często ekploatowanych pracownikach – powinni skoncentrować się na staraniach o zagwarantowany odpoczynek po niedzielnej dyżurach, możliwość rezygnacji z nich i bardziej cywilizowane relacje w pracy. Za którą, po bankructwie 500+, będzie się już kiedyś można tylko pomodlić. Nie tylko w niedzielę.