Wygnani z raju?

Panama Papers

Dopóki nieudolni politycy będą utrzymywać skomplikowane i rozbuchane systemy podatkowe, afery typu Panama Papers będą wybuchać regularnie. Zaostrzenie regulacji napsuje winowajcom nieco krwi, ale szybko znajdą się specjaliści od jej umiejętnego upuszczania

4 listopada 2014 roku wydawało się, że wszystko idzie pomyślnie. Cztery dni wcześniej powołany został nowy skład Komisji Europejskiej, a nowy przewodniczący Jean-Claude Juncker miał świetne opinie. Polityczny miesiąc miodowy skończył się szybko. 5 listopada rano Międzynarodowe Konsorcjum Dziennikarzy Śledczych (ICIJ) otworzyło puszkę Pandory ujawniając przypadki podkopywania przez ten kraj podstaw podatkowych w innych krajach. Afera „LuxLeaks” okazała się czubkiem góry lodowej, która zamienia się właśnie w jedną wielką kałużę, żeby nie powiedzieć bagno. Jednak ani ta afera, ani SwissLeaks, czy ostatnia – Panama Papers – nie ujawniły niczego, czego byśmy nie wiedzieli. Dlatego rynki reagowały na nie dotychczas dość spokojnie – z krótkimi niskimi spadkami (jak w Islandii, gdy okazało się, że tamtejszy premier ukrywał majątek na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych), czy w Wielkiej Brytanii, gdzie do ukrywania majątku przyznał się David Cameron. Najbardziej poszkodowane mogą się okazać banki, bo dla nich kolejna afera, w którą mogą być zamieszane, to jednak kolejny gwóźdź do reputacyjnej trumny. Bank Nomura, w raporcie “Panama headaches” wskazuje szczególnie na ryzyko spadków notowań HSBC, UBS, RBS, Credit Suisse, i Societe Generale.

Reszta śpi dość spokojnie. O tym, że korporacje, potężni menedżerowi, biznesmeni i politycy unikają podatków i ukrywają majątki w rajach podatkowych, wiedzieli przecież wszyscy. Raport Oxfam z 2013 roku oszacował, że w rajach podatkowych ukryte jest co najmniej 18,5 biliona dolarów. Ekonomista Gabriel w swojej książce “The Hidden Wealth of Nations” szacuje z kolei, że znajduje się w nich do 8 proc. globalnych oszczędności prywatnych, czyli 7,6 bln dolarów.

Tyle, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Najbardziej wściekli się więc politycy tych krajów, które na unikaniu podatków traciły najwięcej, albo biznesmeni którzy nie mieli wystarczająco dużych majątków, by opłacało się zakładać spółki w rajach podatkowych. Faktem jest, że spektrum możliwości w ostatnich latach nieco zmalało. Również w Polsce. Kiedyś na przykład byliśmy drugim, po Rosji, największym nabywcą spółek cypryjskich. A Cypr był jednym z największych zagranicznych inwestorów w Polsce. Dlaczego? Bo polscy dyrektorzy cypryjskich, fikcyjnie tworzonych spółek, nie płacili podatku ani na Cyprze, ani w Polsce. Teoretycznie zmiana polsko-cypryjskiej umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania osuszyła to łatwo dostępne, całkowicie legalne źródełko. Podobnie jak zmiana zasady rozliczania podatku od dywidend. Natura nie zna jednak próżni. Kancelarie prawne szybko zasypały klientów alternatywami. Nie, nie wcale nie Panamą. Ta, jak zaznaczał w rozmowie z Forbesem w 2013 roku, mecenas Robert Nogacki ze specjalizującej się w szukaniu takich alternatyw kancelarii Skarbiec, jest zarezerwowana dla tych co chcą ukryć majątek. Nie tyle przed fiskusem, co bardziej przed (byłą) żoną, wspólnikiem, komornikiem, opinią publiczną. Stąd też popularność tego raju wśród polityków.

Panama Papers to tylko dowód, że uciekający króliczek wciąż jest daleko. A wyścig zmierza do dna. Państwa, regiony, gminy, miasta ścigają się bowiem same ze sobą w oferowaniu coraz niższych stawek podatkowych, oferują specjalne strefy ekonomiczne i wakacje podatkowe oraz coraz to nowe zachęty fiskalne. Korzystając, w imię bardzo partykularnych interesów, z tego, że prawo podatkowe nie zna granic. Przykładowo, po zmianie opodatkowania spółki komandytowej w Polsce (która pozwalała na odraczanie zapłaty podatku) od razu pojawił się nowy typ spółki w Luksemburgu, idealnie odpowiadający polskiej spółce komandytowej. Dziennikarze ekonomiczni dostawali co tydzień po kilka zaproszeń na konferencje kancelarii, które szczegółowo i entuzjastycznie opowiadały o nowych rozwiązaniach. Na Malcie, Słowacji, Irlandii, Holandii, określonych stanach USA, Singapurze, i wielu innych miejscach, które – w zależności od tego, czy chodzi o mniejszy podatek od transakcji przejęcia, pensję prezesa, czy zyski spółek zależnych – oferowały najlepszą strukturę.

Oczywiście, po LuxLeaks, a nawet wcześniej pojawiły się pomysły, że „trzeba to zmienić”. Pierwsze odezwało się OECD. Poprzez inicjatywę BEPS (erozja bazy podatkowej i przenoszenia zysków) zaproponowało wprowadzenie obowiązkowego raportowania kraj po kraju. Czyli sporządzania przez firmy raportów na temat m.in. swoich dochodów, wielkości zatrudnienia i płaconych podatków w każdym kraju, w którym prowadzą działalność, a nie tylko jako zbiorczych sprawozdań finansowych. Tyle, że dostęp do nich miałyby tylko urzędy skarbowe, i dotyczyłoby jedynie korporacji o obrocie rocznym minimum 750 mln euro rocznie. Czyli najwyżej 10 proc. wszystkich firm. Biorąc pod uwagę wydolność fiskusa, brałby się tylko za najbardziej oczywiste przypadki, albo sprawy ciągnęłyby się latami.

12 kwietnia Komisja Europejska ma głosować nad publicznym raportowaniem kraj po kraju – tak by dostęp do tych raportów miał każdy (teraz ten obowiązek dotyczy banków). Publicznie wszyscy są za takim rozwiązaniem, z Sekretarzem Skarbu Wielkiej Brytanii na czele. Jednocześnie lobbyści robią wszystko, by do tego nie dopuścić. Chociaż, podobnie jak polska klauzula obejścia prawa podatkowego, przyjęta w marcu przez rząd, wszystkie te zmiany zostały już dawno przez rynek zdyskontowane. Skala optymalizacji podatkowej na pewno nie zmniejszy się, co najwyżej będzie droższa, bo trzeba będzie opłacić dodatkowych prawników.

Skorzystają na tym kraje, które będą miały korzystniejsze i prostsze systemy podatkowe. Hong Kong, Macedonia, Monte Negro, czy…Cypr, który zdążył już zmienić przepisy, by nadrobić „straty” zmian umów o podwójnym opodatkowaniu. Do wyścigu o nowych rezydentów szykuje się też m.in. Szwajcaria, Wielka Brytania czy Irlandia. Jak to możliwe, skoro to m.in. „podwójna kanapka”, czy super optymalizowanie podatków spółek gigantów IT w Wielkiej Brytanii było przedmiotem poprzednich afer? Z tego powodu, że utrata takich firm jak Google, Microsoft, czy Facebook, nawet z efektywną stawką podatkową paru procent, byłaby dla tych państw zbyt dotkliwa i zrobią wszystko, by ich u siebie zatrzymać. Wystarczyło, by HSBC, bohater SwissLeaks, zagroził, że przeniesie siedzibę z Londynu do Azji, by brytyjska skarbówka wycofała się się z zamiarów wszczęcia wobec banku postępowania karnego. Google, który zgodził się w styczniu tego roku zapłacić dobrowolnie brytyjskiemu urzędowi skarbowemu 130 milionów funtów tytułem zaległych podatków z minionej dekady (dokładnie 3 procent), w lutym wprost zapowiedział, że nie dostosuje się do nowych przepisów, według których miałby płacić w przyszłości więcej. I można się spodziewać, że szybciej niż wejdą w życie nowe unijne przepisy, utrudniające optymalizowanie podatków, Wielka Brytania wyjdzie z Unii. A londyńskie City szybko odzyska odpoczywających teraz na rajskich plażach klientów.