Ziemia niczyja, czyli na czym polega kolonializm 2.0

Kambodża

Globalny agrobiznes posługuje się tymi samymi metodami, co kiedyś kolonialiści, którzy pod pretekstem pomocy rozwojowej zajmowali bezprawnie ziemie w Afryce, Azji i Ameryce, by łupić tamtejsze bogactwa naturalne

Mnich Luon Sovath od kilku lat dokumentuje, na czym polega „pomoc” Unii Europejskiej rolnikom w Kambodży. Nie raz był zatrzymywany przez lokalną policję za to, że aparatem fotograficznym i smartfonem filmuje relacje mieszkańców wiosek wysiedlanych siłą z zajmowanych przez pokolenia poletek i drewnianych domków, których ziemie, po wykarczowaniu i zrównaniu buldożerami są przekazywane korporacjom rolnym. Ich udziałowcami zostają często lokalni politycy.

W filmie austriackiego reżysera Kurta Langbeina „Grabież ziemi”, nakręconego w ubiegłym roku, Luon Sovath jest przewodnikiem i tłumaczem w rozmowach z dziesiątkami osób, które straciły właśnie ziemię przodków, domy i środki do życia. W zamian niektórzy mogą za 2 dolary dziennie pracować na plantacji trzciny cukrowej, należącej do firmy, która właśnie pozbawiła ich domów. Od 2003 r. 400 tys. Kambodżan straciło swoje ziemie na rzecz agrobiznesu.

Kambodża stała się największą ofiarą programu handlowego Unii Europejskiej dla krajów najsłabiej rozwiniętych Wszystko Oprócz Broni (Everything But Arms-EBA). Przyjęta w 2001 r. inicjatywa udziela preferencyjnego dostępu do rynku europejskiego dla wszystkich produktów z tych krajów, z wyjątkiem broni i amunicji. Logika jest taka: skoro wzrost gospodarczy tworzy miejsca pracy i doprowadza do zmniejszenia ubóstwa, to ułatwiajmy rozwój inwestycji prywatnych w krajach najbiedniejszych. I faktycznie, motywowane bezcłowym dostępem do unijnego rynku i gwarantowaną ceną minimalną (średnio trzy razy wyższą niż światowa), tajskie spółki cukrowe i kambodżański potentat przemysłowy założyli w Kambodży plantacje trzciny dla produkcji surowego cukru na eksport do Europy. Wyrzucając rękami służb bezpieczeństwa lokalną ludność z najlepszych do uprawy terenów, oskarżając ją o to, że ziemię zajmowała nielegalnie (prawa do prywatnej własności pozbawił rdzenne ludności reżim Czerwonych Khmerów). W efekcie, setki tysięcy mieszkańców Kambodży muszą walczyć ponownie o przetrwanie.

Ta oczywista i okrutna grabież jest możliwa, bo unijna inicjatywa nie stawia żadnych warunków prowadzenia biznesu, któremu daje preferencyjne warunki handlowe. O tym, w jaki sposób wygląda w praktyce program Wszystko Oprócz Broni, informuje szczegółowy raport „Słodko-kwaśne zbiory” organizacji Equitable Cambodia, wydany w Polsce przez Instytut Globalnej Odpowiedzialności.

Nie wpłynął on w żaden sposób na politykę Unii Europejskiej. Tymczasem, od 2008 r. gdy wybuchł kryzys finansowy, rolnictwo jest coraz atrakcyjniejszą alternatywą inwestycyjną. Międzynarodowi inwestorzy szukają nie tylko pól do uprawiania żywności na eksport, ale również roślin do produkcji biopaliw lub po prostu kupują ziemię dla zysku. Którą w Kambodży czy Etiopii można wydzierżawić za 5 dolarów za hektar…

Reżyser Kurt Langbein obnaża politykę współczesnego globalnego i okrutnego agrobiznesu, w który zaangażowana jest Unia Europejska, na przykładzie nie tylko plantacji trzciny cukrowej w Kambodży, ale również produkcji warzyw w Etiopii, etanolu w Sierra Leone, czy oleju palmowego w Indonezji. Problem masowego i najczęściej bezprawnego wykupu gruntów dotyczy nie tylko Azji czy Afryki, ale nawet Rumunii, gdzie od 1999 r. 700 tys. hektarów przejęli wielcy producenci rolni.

Na całym świecie w ciągu ostatnich 15 lat sprzedano lub wydzierżawiono zagranicznym inwestorom 200 mln hektarów ziemi – to więcej niż wszystkie europejskie użytki rolne razem wzięte. Dla drobnych, lokalnych rolników oznacza to najczęściej konieczność pożegnania się z dotychczasową działalnością i walkę o przetrwanie. Nigdy, jak podkreśla Langbein, nie oznacza poprawienia jego dotychczasowej sytuacji. Nie mówiąc o zanieczyszczeniu środowiska i degradacji krajobrazu, którego nie da się uniknąć w przypadku ogromnej, masowej produkcji.

Langbein nie zostawia suchej nitki na systemach certyfikacji, programach odpowiedzialnego biznesu, rozwoju społeczności lokalnej czy innych kojących sumienie fikcyjnych projektach prospołecznych, o których czytamy później w raportach społecznych korporacji typu Cargill, czy Addax, które są jednymi z bohaterów filmu.

Prawda, którą pokazuje Langbeim jest okrutna. Na programach pomocy międzynarodowej korzystają międzynarodowi, ogromni gracze, lokalni politycy i urzędnicy organizacji pomocowych, którzy odhaczają pozycje realizacji millenijnych celów rozwoju i inne pozycje w statystycznych rubrykach.

Czy można to zmienić? Tak, ale to wymagałoby od nas wszystkich wysiłku. Nie kupowania produktów importowanych z krajów objętych programami „pomocowymi”, z cukrem trzcinowym, czy olejem palmowym. Argumenty, że przecież w ten sposób dajemy pracę ludziom z krajów rozwijających się, są absurdalne. To nie lokalna ludność zarabia na słodyczach czy kosmetykach kupowanych przez Europejczyków. Dużo lepiej poradziłaby sobie, gdyby mogła samodzielnie decydować o tym, co ma uprawiać na własnej ziemi.

Jedyną realną pomocą, i taki przykład też pokazuje Langbein, są działania organizacji pozarządowych, które np. pomagają lokalnym rolnikom usprawniać metody upraw czy zakładać spółdzielnie sprzedające nadwyżki produkcji. Zwłaszcza, że w krajach rozwiniętych naprawdę nie potrzebujemy na świecie WIĘCEJ żywności. Wystarczy, że nie będziemy marnować tej, którą mamy i będziemy lepiej, i sprawiedliwiej ją dystrybuować, korzystając z lokalnych dostawców. I mniej (serio!) jeść…

Pamiętam, jak oberwało mi się w komentarzach pod artykułem w Forbes.pl o tym, jak powstaje olej palmowy („Gorzka strona słodkiego biznesu. Ty też jesteś winny”). Jak napisał czytelnik: „Mam czasem ochotę na kostkę czekolady, ale to jeszcze nie powód, aby obwiniać mnie za zło tego padołu”. To, co pokazuje Langbein, to, że niestety i owszem, wszyscy jesteśmy nawet nieświadomie winni za zło tego padołu. I tylko my możemy swoimi decyzjami to zmienić.