Po pandemii czeka nas wirus biedy

Nie wszyscy wydostaną się na powierzchnię na fali programów stymulacyjnych. Biedniejsze państwa cofną się walce z ubóstwem nawet o 30 lat, a w krajach rozwiniętych nierówności mogą sięgnąć poziomów, o których już mieliśmy zapomnieć

Kiedy po wybuchu pandemii największe firmy odzieżowe liczyły straty spowodowane zamknięciem galerii handlowych, ponad milion pracowników (głównie kobiet) szwalni w Bangladeszu z dnia na dzień straciło pracę. Globalne korporacje masowo wycofywały się z zamówień, przez co tutejsze fabryki od razu zaczęły bankrutować. Dla Bangladeszu, w której branża odzieżowa odpowiada za 76 proc. eksportu i zatrudnia 4 mln ludzi, to tragedia większa niż sama pandemia. Szczególnie, że sytuacja, nawet po odmrożeniu gospodarki, szybko nie wróci do normy. Międzynarodowa organizacja humanitarna Oxfam ostrzegła w kwietniu w raporcie “Dignity Not Destitution” („Godność zamiast nędzy”), że zahamowanie produkcji i handlu z powodu pandemii może wpędzić w ubóstwo nawet 6-8 proc. światowej populacji, czyli ok. 500 milionów ludzi.

Raport powołuje się m.in. na badania naukowców z King’s College London i Australian National University, którzy oszacowali potencjalny krótkoterminowy wpływ COVID-19 na ubóstwo w krajach rozwijających się i na globalny poziom zubożenia społeczeństwa liczony spadkiem poziomu konsumpcji lub dochodu gospodarstw domowych. Ich szacunki pokazują, że COVID-19 stanowi prawdziwe wyzwanie dla celu ONZ w zakresie zrównoważonego rozwoju, jakim było wyeliminowanie globalnie ubóstwa do 2030 roku. Pierwszy od 1990 r. wzrost globalnego wskaźnika ubóstwa, może bowiem zniwelować postęp w jego zmniejszaniu. Autorzy badania zastosowali trzy scenariusze spadku dochodów lub (w zależności od kraju) konsumpcji: niski, średni i wysoki wynoszący odpowiednio: 5, 10 i 20 procent oraz oszacowali wpływ tego spadku na liczbę osób ubogich, stosując międzynarodowe granice poziomów ubóstwa wynoszące: 1,90 USD (skrajne ubóstwo), 3,20 USD oraz 5,50 USD dziennie – według parytetu siły nabywczej w 2011 roku. Z ich wyliczeń wynika, że w niektórych regionach świata negatywne skutki pandemii i zamrożenia gospodarki mogą doprowadzić do poziomów ubóstwa podobnych do tych zarejestrowanych 30 lat temu. Dotyczy to najbardziej ekstremalnego scenariusza 20-procentowego spadku dochodów lub konsumpcji, w którym liczba osób żyjących w ubóstwie może wzrosnąć o 420–580 milionów, w porównaniu z ostatnimi oficjalnymi danymi z 2018 roku.

Biednemu wiatr w oczy

Również prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego wskazują, że COVID-19 przyczyni się do globalnego wzrostu skrajnego ubóstwa z 8,2 proc. w 2019 r. do 8,6 proc. w 2020 roku. Czyli z 632 milionów do 665 milionów ludzi. Przy czym przed wybuchem epidemii na ten sam okres prognozowano spadek z 8,1 proc. do 7,8 procent… Największe sukcesy w wychodzeniu z biedy miały Chiny, praktycznie cała Azja Południowa oraz Indie, gdzie między 2006 a 2016 r. z biedy wydostało się 271 mln osób. W Bangladeszu w ciągu ostatnich 20 lat z ubóstwa wyszła jedna piąta społeczeństwa. Teraz te kraje mogą się cofnąć w rozwoju o trzy dekady.

To, gdzie wirus zbierze pod tym względem najwyższe żniwo, zależy przede wszystkim od wpływu pandemii na działalność gospodarczą oraz od liczby osób już żyjących na granicy ubóstwa. MFW szacuje, że PKB krajów rozwiniętych skurczy się o około 6 proc. w 2020 r., a krajów rozwijających się tylko o 1 procent (choć według innych szacunków będzie to 3,6 procent). Jednak w związku z tym, że w tych drugich więcej osób żyje blisko granicy ubóstwa, to właśnie w krajach rozwijających się nastąpi jego największy wzrost. I tak – choć np. Afryka Subsaharyjska do tej pory była stosunkowo mniej dotknięta wirusem z punktu widzenia zagrożenia zdrowia, prognozy MFW wskazują, że właśnie ten region będzie najbardziej dotknięty wzrostem biedy, bo wpadną w nią kolejne 23 miliony ludzi, a w Azji Południowej – 16 milionów.

W dużym stopniu będzie to pokłosiem wzrostu bezrobocia w państwach rozwiniętych, które w pierwszej kolejności dotyka pracowników niskowykwalifikowanych. Czyli głównie imigrantów zarobkowych, którzy wysyłają swoje pensje rodzinom w krajach pochodzenia. Teraz to źródło znacznie wyschnie. Podobnie, jak spadek popytu w krajach rozwiniętych przekłada się wprost na miejsca pracy w krajach niemal całkowicie uzależnionych od ich importu. Jak w Bangladeszu czy w państwach eksportujących żywność, np. Etiopii. Nie mówiąc już o tym, że wszędzie wzrosną ceny samej żywności. Dlatego, jak alarmuje David Beasley, stojący na czele Światowego Programu Żywnościowego (WFP), po pandemii koronawirusa czeka nas globalna pandemia niedożywienia i głodu. I to nie tylko z powodu gospodarczej zapaści, ale również konfliktów zbrojnych oraz zmian klimatu i wywołanych przez nie klęsk żywiołowych. Jak inwazji szarańczy w Afryce i Azji Południowo-Zachodniej.
Według WSP samo pojawienie się koronawirusa do końca tego roku może podwoić liczbę osób dotkniętych niedożywieniem i głodem do 265 milionów. Problem ubóstwa i niedożywienia będzie dotyczył w największym stopniu mieszkańców miast. Jak szacuje Bank Światowy, około 100 milionów osób żyjących w miastach wpadnie w ubóstwo z powodu samej pandemii. Najbiedniejsi mieszkańcy najgęściej zaludnionych metropolii – bez dostępu do wody bieżącej i opieki zdrowotnej – stali się zresztą największą ofiarą samego wirusa. Według ekspertów BŚ dochody miast z podatków mogą spaść między 15 a 25 procent w 2021 r., co zmniejszy wydatki na inwestycje w slumsach, w których mieszkają najbiedniejsi.

Coraz większe nierówności

Gwałtowny skok ubóstwa w krajach rozwijających się pogłębi jeszcze bardziej globalne nierówności. Szczególnie, że programy stymulacyjne w krajach rozwiniętych przewyższają te wdrażane w krajach rozwijających się o rzędy wielkości trzech zer. Podczas, gdy w Stanach Zjednoczonych małe firmy i obywatele będą mogli skorzystać z pakietów wartych trzy biliony dolarów, Indie mają wydać ok. 22 miliardy dolarów na pomoc cztery razy większej populacji. COVID-19, zabijając tysiące ludzi i wpędzając światową gospodarkę w recesję, uwypuklił nierówności między krajami oraz wewnątrz nich. Pandemia pogłębia nierówności w zakresie narażenia na wirusy, dostępu do opieki zdrowotnej i możliwości radzenia sobie z poważnym szokiem gospodarczym.
Ogólnie rzecz biorąc, kraje rozwinięte są lepiej przygotowane do radzenia sobie z pandemią, ale wirus i tak zwiększył ich wewnętrzne nierówności (o tym, jak wygląda to w USA pisaliśmy niedawno tutaj). W Polsce, jak szacuje MFW, w wariancie optymistycznym pracę może stracić kilkaset tysięcy osób, a w pesymistycznym nawet ponad milion Polaków. Według dr. hab. Ryszarda Szarfenberga, przewodniczącego European Anti-Poverty Network Polska, autora analizy „Ekspertyza. Społeczne uzupełnienie tarczy antykryzysowej”, wzrost bezrobocia o 200 proc. może u nas doprowadzić do wzrostu ubóstwa nawet o 50 procent. Gdyby te szacunki się sprawdziły, w grupie osób skrajnie ubogich, czyli żyjących poniżej minimum egzystencji (616 zł dla gospodarstwa jednoosobowego i 1,5 tys. zł dla rodziny z dzieckiem), znalazłoby się nawet 1,7 mln nowych osób, a łącznie liczba skrajnie ubogich wzrosłaby do 3,7 miliona.

W Europie i Stanach Zjednoczonych osoby mniej zamożne często mają ograniczoną zdolność do pracy z domu i praktykowania dystansu społecznego. Wielu pracowników – np. sprzedawców w sklepach spożywczych, kurierów, czy niektórzy pracownicy opieki zdrowotnej – jest wynagradzanych na zlecenie, za godziny, więc musieli pracować, będąc jednocześnie bardziej narażonymi na zarażenie. Wiele osób prowadzących działalność gospodarczą i pracujący na umowach śmieciowych nie ma płatnego zwolnienia chorobowego. W biednych krajach nawet 90 procent miejsc pracy jest nieformalnych, w porównaniu do zaledwie 18 procent w bogatych krajach. Jak podkreśla Jose Maria Vera, szef Oxfam International – dwa miliardy ludzi pracują w sektorze nieformalnym, a tylko co piąty bezrobotny ma dostęp do zasiłków dla bezrobotnych.

Jak niedawno zauważył sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres, wirus grozi również cofnięciem „nawet niewielkich postępów” związanych z walką z nierównością płci. Choć mężczyźni są, podobno, fizycznie bardziej podatni na złapanie wirusa, społeczno-ekonomiczne skutki pandemii odczuwają bardziej kobiety i dziewczęta. Kobiety częściej pracują w tzw. gospodarce nieformalnej i mają mniej możliwości, aby zneutralizować utratę dochodów. W Bangladeszu, z ponad miliona pracowników, których zwolniono lub odesłano do domu bez wynagrodzenia po zawieszeniu zamówień zachodnich marek odzieżowych, 80 proc. stanowią kobiety. To kobiety zapewniają też 75 procent bezpłatnej opieki, opiekując się dziećmi, chorymi i starszymi. W trakcie kwarantanny są też bardziej narażone na przemoc domową.

Jak podkreśla Kerry Boyd Anderson, konsultant ds. ryzyka politycznego, była zastępca dyrektora ds. doradztwa w Oxford Analytica, nie jest do końca jasne, jaką rolę odegra pandemia w globalnych nierównościach w długoterminowej perspektywie. Przykładowo, epidemia czarnej ospy odegrała znaczącą rolę we wzmacnianiu pozycji robotników w XVIII wieku, chociaż sam przebieg epidemii i gospodarka w tym czasie bardzo różniły się od dzisiejszej sytuacji. Jest bardziej prawdopodobne, że aktualna pandemia pogłębi nierówności, co może doprowadzić do większej globalnej niestabilności społecznej, politycznej i gospodarczej.

Konieczna większa pomoc

Według szacunków ONZ, aby zahamować wzrost ubóstwa spowodowany pandemią, trzeba by zgromadzić 2,5 biliona dolarów. Kraje najbiedniejsze potrzebują na razie przede wszystkim wzmocnienia systemów publicznej opieki zdrowotnej, na co pilnie potrzeba ok. 160 miliardów dolarów. Oxfam, we wspomnianym już raporcie, wzywa ministrów finansów G20, MFW i Bank Światowy do stworzenia w tym celu specjalnego „Pakietu ratunkowego dla wszystkich”, który umożliwiłby biednym krajom udzielanie dotacji pieniężnych małych firmom i osobom, które straciły główne źródło dochodów. Pakiet miałby być realizowany za pomocą różnych środków, w tym poprzez:

– Natychmiastowe anulowanie 1 biliona USD zadłużenia krajów rozwijających się w 2020 roku. Przykładowo, anulowanie długu zagranicznego Ghany przeznaczonego do spłaty w 2020 r. pozwoliłoby rządowi tego kraju na przyznanie dotacji pieniężnych w wysokości 20 USD miesięcznie każdemu z 16 milionów dzieci, osób niepełnosprawnych i osób starszych w tym kraju przez sześć miesięcy.

– Utworzenie co najmniej 1 biliona USD w nowych rezerwach międzynarodowych, zwanych Specjalnymi Prawami Ciągnienia, aby zwiększyć fundusze dostępne dla krajów rozwijających. Dałoby to np. rządowi Etiopii dostęp do dodatkowych 630 milionów dolarów – wystarczających na zwiększenie wydatków na zdrowie o 45 procent.

– Zmobilizowanie dodatkowych zasobów poprzez uchwalenie awaryjnych podatków solidarnościowych, np. podatku od zysków nadzwyczajnych zysków lub dodatkowe opodatkowanie osób najbogatszych.

Na razie, jak podkreślił José Maria Vera, tymczasowy dyrektor wykonawczy Oxfam International: „Obecny poziom pomocy ze strony bogatych krajów jest niewystarczający, aby pomóc krajom rozwijającym się w walce z kryzysem. Koronawirus nawet w rozwiniętych krajach przytłoczył niektóre z najlepszych systemów opieki zdrowotnej. W wielu biednych państwach, które borykają się z wysokim poziomem ubóstwa i nierówności, wyzwania są nieporównywalne. Na przykład Republika Środkowoafrykańska ma tylko trzy wentylatory, które są niezbędne do leczenia pacjentów z COVID-19”.
Według szacunków ONZ kraje rozwijające się potrzebują na walkę z samym wirusem ok. 500 miliardów dolarów. Tymczasem, „bogate kraje”, zgodnie z danymi opublikowanymi przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), w 2019 roku zwiększyły pomoc międzynarodową o 1,4 procent ogółem, ale jednocześnie zmniejszyły pomoc humanitarną o 2,9 procent. Obecny poziom pomocy jest zatem, jak twierdzi szef Oxfam, daleki od wystarczającego, aby świat poradził sobie z kryzysem nie tylko koronawirusa, ale i tym, co nastąpi nieuchronnie potem.

otwarta_licencja_200px

Tagged with:     , , ,