Polacy na Filipinach: niezwykła szkoła byłego misjonarza

Józef Sarach na Filipiny trafił 35 lat temu. Żeby zrealizować swoją misję zrzucił habit misjonarza. Razem z żoną prowadzi szkołę dla 120 dzieci z największych slumsów świata.

Centrum Makati i dzielnicę West Rembo dzielą zaledwie trzy kilometry. Makati to jedno z siedemnastu miast, które tworzą Metro Manilę. Metropolitarny obszar stolicy Filipin, przez który przewija się codziennie nawet 20 milionów ludzi. Więcej niż w Paryżu, Mumbaju czy Tokio. To tu znajduje się błyszcząca wizytówka jednego z azjatyckich tygrysów. Najszybciej rozwijających się państw Azji. Bonifacio Global City. W skrócie BCG. Biznesowe centrum miasta, w którym biura ma kilkaset zagranicznych firm, m.in. Google, IBM czy Accenture. Prowadzących tu głównie centra outsourcingowe. Te miejsca, gdzie tysiące ludzi ze słuchawkami na uszach obsługują klientów na całym świecie. W Manili bez problemu znajdują tanią, mówiącą nieźle po angielsku siłę roboczą. 

Szklane biurowce BCG widać dobrze z pokrytego blachą falistą dachu szkoły prowadzonej w pobliżu przez byłego polskiego misjonarza, Józefa Saracha, i jego żonę Mely. Wdrapujemy się tam po drewnianej drabince prowadzącej z kuchni, gdzie kucharki obierają warzywa na obiad, a uczniowie szykują do pokazu artystycznego, którym mają przywitać gości. Z góry słychać, że szykują się do zaśpiewania…polskiego hymnu.

W działającej od dziesięciu lat St. Michael Institute for Lifelong Education (SMILE) uczy się 120 dzieci, w tym niepełnosprawnych – od poziomu podstawówki do kończącej się maturą szkoły średniej. – Nasi uczniowie pochodzą z biednych rodzin, których nie stać na prywatne szkoły. Jedyne, w których czegokolwiek można się w tym kraju nauczyć. W państwowych placówkach uczy się nawet 80 dzieci w jednej klasie. Poziom jest fatalny, a wiele dzieci przerywa szkołę, bo muszą pracować. 60 procent rodzin kończy edukację swoich dzieci na poziomie szkoły podstawowej. To dlatego Filipiny są na ostatnim miejscu w Azji Południowo-Wschodniej, jeśli chodzi o poziom nauczania. I mają jeden z najwyższych na świecie wskaźników nierówności społecznych – tłumaczy Józef Sarach, krzycząc do nas z dołu, bo na dach, gdzie wchodzą wszyscy goście robić zdjęcia, już nie ma siły wchodzić.

W pułapce ubóstwa

A to właśnie z dachu szkoły najlepiej widać to, o czym mówi. Pod drapaczami chmur z BCG kłębią się schronienia z dykty, kartonów, blachy falistej pobliskiego West Rembo. Z daleka wyglądają jak śmieci przyklejone do szklanych ścian biurowców. Nad rzeką Pasig, symbolicznie rozgraniczającą metropolię na północ i południe, znajduje się jedno z największych skupisk slumsów w całych Filipinach. I – z nawet 80 tysiącami ludzi na kilometrze kwadratowym – najbardziej zagęszczonym na świecie. Niektóre domki są podmurowane, inne poobkładane starymi oponami czy górami śmieci. Tak wrosły w krajobraz Manili, że głośniej o ich mieszkańcach robi się tylko wtedy, gdy trzeba jej zrównywać z ziemią pod budowę kolejnych biurowców. Albo gdy spływają wraz z kolejną, towarzyszącą tajfunom powodzią. W stolicy Filipin w „nieformalnych lokalizacjach” żyją cztery miliony ludzi. Około jedna trzecia wszystkich mieszkańców. Mimo, że Filipiny są jednym z najszybciej rozwijających się państw świata (tempo wzrostu PKB w ostatnich latach przekraczało 6 procent),  jedna piąta 100-milionowej populacji Filipińczyków żyje poniżej granicy ubóstwa. Nie mając stałego dachu nad głową i wystarczającej ilości jedzenia. Sytuację poprawiło nieco wprowadzenie ponad dekadę temu transferów gotówki dla 4 milionów najbiedniejszych rodzin, ale dopłaty na dziecko w wysokości 300 peso miesięcznie (równowartość ok. 20 zł) – wypłacanych pod warunkiem wysyłania dzieci do szkoły i na okresowe badania lekarskie – to za mało aby wyjść z pułapki ubóstwa. 

W którą Filipiny wpadły w efekcie długotrwałej destabilizacji kraju. W 1965 r. do władzy doszedł na dwie dekady Ferdinand Marcos, którego dyktaturę obaliła dopiero rewolucja w 1986 roku. Do tego doszły walki z partyzantką komunistyczną i separatystami muzułmańskimi oraz nieudane próby przeprowadzenia zamachu stanu. – Filipiny już za czasów Marcosa były krajem ogromnych kontrastów. Był to czas tortur, prześladowań i morderstw, których obawiali się nawet zwykli biedni obywatele. Z jednej strony rozkwitała gospodarka, szczególnie sektor budowlany, a na przeciwległym biegunie były panująca do dziś korupcja, prześladowania opozycji, morderstwa polityczne – opowiada Józef Sarach, jak po przeszło godzinnym występie artystycznym dzieci schodzimy do jego gabinetu. – W efekcie jedynym istotnym centrum gospodarczym stała się budowana za pożyczki zagraniczne i łapówki stolica, bez żadnego zaplecza czy infrastruktury dla budujących ją robotników z prowincji – dodaje.

Kontrasty do dziś się nie zmniejszyły. Mimo trwającego od ponad dekady boomu w inwestycjach zagranicznych. Przede wszystkim chińskich. To na ich pożyczkach opiera się w dużym stopniu rządowy program rozbudowy infrastruktury kraju „Build, build, build”, wprowadzony za obecnego prezydenta Rodrigo Duterte. Na którym zwykli Filipińczycy mało jednak korzystają. Przy inwestycjach pracują bowiem sprowadzani z Chin pracownicy, a z terenów inwestycji wyrzucani są często rdzenni mieszkańcy. Którzy w poszukiwaniu nowego życia lądują potem najczęściej na ulicach Manili. 

Do niedawna najbardziej zagęszczonym skupiskiem bezdomnych było w stolicy Smokey Mountain. 25 tysięcy osób mieszkało na górze powstałej z dwóch milionów metrów sześciennych śmieci. Swoją nazwę zawdzięczała pożarom, które wybuchały regularnie z powodu składowania tu łatwopalnych substancji. To tutaj swoją pierwszą szkołę założył Józef Sarach. Zaraz po tym, jak wyszedł z zakonu Werbistów. 

Trudna misja

– Na Filipiny dostałem bilet w jedną stronę w 1986 roku, po siedmioletnich przygotowaniach w zgromadzeniu w Pieniężnie na Warmii, gdzie było główne seminarium misyjne księży werbistów, a potem krótkich w Liverpoolu. Niedługo po przewrocie, w wyniku którego obalona została dyktatura Ferynanda Marcosa, a władzę objęła Corazon Aquino. Na miejscu okazało się, że nie byłem przygotowany na nic. Z pierwszego dnia pamiętam tylko, że z wilgoci i upału koszula od razu przylepiła mi się do ciała, a do samochodu którym jechaliśmy z lotniska lepiły się dziesiątki rąk proszących o pieniądze. Ludzie gnieździli się wszędzie. Pod wiaduktami, pod mostami, na brzegu ulic. Tak jest do dziś – opowiada.

Wówczas młody misjonarz musiał jechać na północ Filipin, do prowincji Abra. Zajmował się pracą pastoralną, uczył śpiewu, grał z dziećmi w piłkę. Werbiści w krajach trzeciego świata prowadzą szkoły tam, gdzie nikt nie chce, wśród największej biedoty, gdzie nie dociera cywilizacja. – Pracowałem z młodzieżą przez sześć lat. Ale to nie był dobry czas. Mający swoje wewnętrzne problemy polityczne i walczący z partyzantami komunistycznymi Filipińczycy zaczęli krzywo patrzeć na białych, tym bardziej na księży z komunistycznych krajów. Zrezygnowałem niedługo po tym, jak podczas uroczystości kościelnej mieszkańcy urządzili konkurs piękności, w którym księża mieli być jurorami. W środowisku misjonarzy też panowały wewnętrzne rozgrywki. Wiedziałem, że jako ksiądz jestem bezradny – wspomina. Ale chciał pomagać ludziom, z którymi czuł się już emocjonalnie związany. To był czas, gdy wielu mieszkańców prowincji, rdzennych mieszkańców Filipin, emigrowało do Manili w poszukiwaniu pracy. Ich tereny były zagarniane pod zatwierdzoną przez rząd działalność – globalny agrobiznes, wyrąb lasów lub wydobycie surowców. Albo tracili domy i dobytek na skutek katastrof naturalnych – tajfunów, powodzi czy trzęsień ziemi, na które kraj jest wyjątkowo podatny. Duża część społeczeństwa nigdy nie podniosła się po największej tragedii współczesnych Filipin – tajfunie Haiyan w 2013 roku, który pozbawił domów kilka milionów osób, które stały się ofiarami handlarzy ludźmi. Trafiając np. na farmy krewetek albo jako robotnicy i pomoc domowa za granicę, w tym do Europy (m.in. do Polski), gdzie pracowali często nielegalnie, w niemal niewolniczych warunkach. Niektórzy ruszyli w poszukiwaniu pracy do Manili kończąc na ulicach i koczując na przedmieściach. Albo na śmietniskach, takich jak Smokey Mountain.

Sarach po odejściu z zakonu skontaktował się z wieloletnią znajomą z pracy w szkole – Mely, która zarządzała organizacją skupiającą prywatne szkoły na Filipinach. Zaproponował jej współpracę. Początkowo odmówiła, ale później otworzyli wspólnie centrum korepetycji na Smokey Mountain. Wzięli ślub cywilny, przez co Józef Sarach został ostatecznie ekskomunikowany z kościoła katolickiego. 

– Niedawno obchodziliśmy 26. rocznicę ślubu. W 1994 roku urodził nam się syn Daniel. Co w języku hebrajskim oznacza “bóg jest moim sędzią” i miało to wtedy dla mnie wydźwięk symboliczny – mówi były misjonarz.

Walka o lepszą przyszłość

W jego świeckiej już misji symbolicznie odbiły się też największe problemy Filipin. – Początkowo utrzymywaliśmy szkołę z własnych pieniędzy. Zarabiałem doradzając polskim i filipińskim firmom, pośredniczyłem w kontraktach handlowych. Mely jako dyrektorka szkoły nigdy nie pobierała pensji. Dziś udaje się placówkę utrzymywać z czesnego, pomaga nam czasem polska ambasada czy przedsiębiorcy. Nasi nauczyciele pracują za bardzo niskie pensje. Zarabiają równowartość ok. 200 dolarów miesięcznie, podczas gdy innej szkole, nawet państwowej mogliby zarobić dwukrotnie więcej. To lokalni bohaterowie – uważa Sarach. 

Nie wszystkich rodziców stać na regularne płacenie nawet niewielkiego czesnego. – Niektórzy wykonują na rzecz szkoły drobne prace porządkowe, inni przynoszą jedzenie na obiad dla nauczycieli i dzieci. – Jeden z rodziców, rybak, przynosił nam kiedyś zamiast czesnego ryby, inni płacą jak zdobędą dodatkową pracę. Brakuje nam komputerów, map, mamy bardzo wolny internet, ale ta szkoła, na poziomie prywatnych placówek dla dużo zamożniejszych rodzin, jest dla tych dzieci jak przepustka do lepszego świata. I niektóre, dzięki niej, już do niego wchodzą. Nasi pierwsi absolwenci już dostali się na studia – cieszy się Sarach. Żeby zmotywować uczniów zaprasza często swoich znajomych – artystów, biznesmenów, polityków, dyplomatów. Był nawet Lech Wałęsa. Opowiadają dzieciom o swojej pracy i życiu. A te śpiewają gościom filipińskie piosenki. I polski hymn. 

Sarachowie wierzą, że ich absolwenci poradzą sobie dobrze dalej. Mimo, że sytuacja gwałtownie się zmieniła. Jeszcze w ubiegłym roku tutejszy urząd statystyczny ogłosił, że udało się obniżyć wskaźnik ubóstwa z 24 proc. w 2015 r. do niecałych 17 procent a Filipiny osiągną w tym roku status kraju o średnim dochodzie pod względem PKP per capita. Po wybuchu epidemii koronawirusa japoński oddział ONZ szacuje, że Filipiny cofną się w rozwoju o trzy dekady, a liczba ludzi żyjących poniżej granicy ubóstwa wzrośnie – podobnie jak w innych krajach Azji i Pacyfiku – nawet o 40 procent. Kiedy po powrocie do Polski dzwonię do Józefa Saracha i pytam, jak sobie poradzą, mówi: Filipińczycy są przyzwyczajeni do straty, do wiecznego oczekiwania na katastrofę. Dużo szybciej podnoszą z sytuacji, które dla nas są końcem świata. Tym razem to my będziemy się tego musieli od nich nauczyć.