Śmieciówki za grosze. Tak wygrywa się przetargi

Jak wygrać przetarg publiczny? Zatrudnić jak najwięcej za jak najmniej. Kryterium niskiej ceny, mimo zmian prawa zamówień publicznych, to wciąż norma

Sąd Rejonowy w Legnicy za jedną roboczogodzinę pracownika ochrony płaci… 5,79 złotych. Jeszcze mniej, bo 5,51 zł płaci za identyczną pracę Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego w Toruniu. Takie stawki w Polsce to norma. Jak wyliczyła w połowie tego roku firma PwC, pracownicy sektora usług ochroniarskich oraz sprzątania otrzymują zarobki, których wysokość na ogół nie osiąga nawet poziomu minimalnego wynagrodzenia, a zatrudnienie w oparciu o umowę o pracę to rzadkość.

W sektorze ochrony, czy usług sprzątających, zarabia się w Polsce o wiele mniej niż w dużo bogatszych Niemczech, ale i w Czechach, Rumunii czy na Węgrzech, gdzie zarobki w tych sektorach są wyższe od pensji minimalnej w tych krajach o przynajmniej kilkadziesiąt procent. Przykładowo, wysokość średniego wynagrodzenia pracownika ochrony w Czechach wynosi 3.238 zł, podczas gdy minimalna miesięczna płaca kształtuje się na poziomie 1.414 zł. Nawet w Rumunii, jednym z biedniejszych europejskich państw, standardem jest płacenie pracownikom pensji przewyższającej minimalne wynagrodzenie.

Aby powiększyć, kliknij na obrazek:

Zarobki w branży ochroniarskiej i srzątającej

W Polsce, jak twierdzi organizacja pracodawców Lewiatan, fatalne zarobki to właśnie m.in. wynik rozstrzygania przetargów przez zamawiających na rynku publicznym, którzy nie respektują zaleceń dotyczących zatrudniania na umowę o pracę i opierają się praktycznie wyłącznie na kryterium najniższej ceny. W budżetach przetargów nie uwzględniają często zapisów ustawy o minimalnym wynagrodzeniu, które w przeliczeniu na godzinę wynosi obecnie 13 zł bez VAT. W efekcie zleceniobiorcy zatrudniają pracowników na głodowych “śmieciówkach”, bo wtedy mogą zagwarantować sobie wygraną w przetargu publicznym

Biorąc pod uwagę, że wydatki na zamówienia publiczne w Polsce sięgają niemal 10 proc. PKB (w 2013 r. przekroczyły 143 mld złotych) oznacza to, że instytucje publiczne mają w kreowaniu standardów rynkowych (tu, co najważniejsze: płacowych) ogromną rolę. O tym, czym przez lata kończyło się przez strachliwych urzędników wybieranie najtańszych ofert, już wszyscy się przekonaliśmy. Fatalnym stanem nowych dróg, budynkami, które trzeba było poprawiać zaraz po wybudowaniu, czy wreszcie – rozpasaniem firm outsourcingowych, które były w stanie zapewnić pracowników tak tanich, by można było ograniczyć wartość zlecenia do minimum.

Urzędnicy lubili się tłumaczyć, że kryterium najniższej ceny było dla nich najłatwiejsze i zabezpieczało przed oskarżeniami o korupcję. Tyle, że w polskiej rzeczywistości niska cena korupcję wręcz… ułatwia. Bo ten, który „ decyduje o rozstrzygnięciu oferty, tworzy sobie w ten sposób swoiste alibi, spójną narrację na wypadek sytuacji kryzysowej, gdyby do akcji wkroczył jakiś nadgorliwy prokurator. Wtedy decydent zawsze będzie mógł powiedzieć: – Przecież wybraliśmy najtańszą ofertę, kierowaliśmy się kryterium najniższej ceny, a więc o żadnej korupcji nie może być mowy.”

Coś w tym jest, skoro, jak wynika z opublikowanego rok temu raportu Europejskiego Urzędu ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych (OLAF), w Polsce korupcja może obejmować nawet jedną czwartą przetargów. Pod tym względem jesteśmy w europejskiej czołówce, w towarzystwie Rumunii, Bułgarii i Węgier. „Oszczędni” urzędnicy wygenerowali pewnie w ten sposób więcej strat niż przyniosłoby wybranie w przetargach firm, które stosują lepszej jakości materiały, czy uczciwie zatrudniają i godziwie opłacają pracowników. A w każdym razie nie działają w szarej strefie.

To dlatego sami pracodawcy i związki zawodowe od 2009 r. domagali się wprowadzenia wymogu zatrudniania na etacie w ramach zamówień publicznych. Niestety, mimo nowelizacji prawa zamówień publicznych, które przewiduje możliwość zamieszczania w warunkach przetargu wymogu, by oferenci zatrudniali pracowników realizujących zamówienie na etatach, wciąż mało kto z tego zapisu korzysta.

Jako jedna z pierwszych “złamała się” Poczta Polska. Krytykowana za praktyki stosowane w przetargach publicznych, wdrożyła w listopadzie Kodeks Dobrych Praktyk Kupieckich w zakresie stosowania tzw. klauzul społecznych. Chodzi w nich o promowanie dostawców zatrudniających swoich pracowników na etacie bądź wykluczonych zawodowo.

Od 2014 r., kiedy weszły w życie nowe przepisy prawa zamówień publicznych, Poczta Polska stosuje także inne kryteria wyboru oferty, poza ceną – np. termin płatności, długość okresu gwarancji, termin dostawy, doświadczenie wykonawców, funkcjonalność urządzeń. 18 listopada spółka opublikowała pierwszą specyfikację istotnych warunków zamówienia z klauzulą społeczną. W ramach wyboru ofert 90 proc. wagi stanowi kryterium ceny, a 10 proc. – kryterium społeczne. Na to drugie wpływ ma liczba pracowników zatrudnionych na umowie o pracę w firmie składającej ofertę.

Jeśli jednak organizatorzy przetargów, w których będzie z kolei brała udział Poczta Polska, wciąż będą zwracać uwagę głównie na cenę, jej wymogi społeczne stracą jakiekolwiek znaczenie. Bo i tak znów przegra z prywatną konkurencją, której żadne klauzule nie obowiązują.